Pokaż Taszkentczyk na większej mapie

piątek, 8 października 2010

Avtorynok


To jest post, jaki chodził mi po głowie od samego początku mojego pobytu w Uzbekistanie, a więc od stycznia. Brakowało jednak koncepcji i czasu na jego napisanie. Wiem, że tym razem również nie uda mi się wyczerpać tematu a jedynie zasygnalizować pewne kwestie, ale uznałem, że lepszy rydz niż gołąb na dachu (a właśnie tak!).


Początkowo chciałem, realizując zasadę zwei Fliegen mit eine Klappe schlagen, omówić poza samochodami, inne kwestie związane z ruchem drogowym jako takim. Niestety tak zakreślony temat okazał się zbyt ambitnym i zdecydowałem się jedynie na krótki oraz wybiórczy przewodnik po radzieckiej, rosyjskiej i uzbeckiej motoryzacji.

Każdemu, kto przybywa do Związku Radzieckiego rzuca się w oczy inny motoryzacyjny świat, wyraźnie odrębny od tego znanego nam z PL i Europy Zachodniej. Cechą wspólną wszystkich państw byłego Kraju Rad jest ogromna ilość automobili produkcji radzieckiej i rosyjskiej. W jednych krajach ich odsetek jest większy (Uzbekistan, Armenia), w innych mniejszy (Kirgistan, Gruzja), ale nigdzie nie trzeba się wielce natrudzić, by je odnaleźć na drodze.

Wprowadzę mały podział na grupy dla przejrzystości postu:


A.
Samochody osobowe

Łada


W dziedzinie samochodów osobowych dominują oczywiście Łady, a w ich szeregach, w szczególności, produkowane początkowo na włoskiej licencji Fiaty 124, które zyskały określenie Żiguli (na własny użytek określone przez mnie, za Sokołem, Żigulinami, często z homeryckim epitetem „przebrzydłe”). Łady (produkcji WAZ – Wołżańska Fabryka Samochodów w Togliatti ВАЗ - Во́лжский автомоби́льный заво́д) obdarzane były numerami odpowiadającymi poszczególnym ich modelom. Dużo wody upłynęło w Mesznie nim udało mi się jako tako, choć bez 100% gwarancji pewności, rozgryźć jakim Żigulinom odpowiadają jakie numery. Na ale spróbujmy. Najstarszy numer, czyli „adinka” („jedynka”), zwana również „kopiejką” jest łatwa do zidentyfikowania – wygląda najbardziej klasycznie (przypomina najstarsze modele Fiata 124 i ma okrągłe przednie reflektory. Modyfikacją tego modelu jest „trojka" („trójka"), której dano podwójne przednie reflektory i ładną chromowaną listwę boczną. Kolejna jest „szestjorka” („szóstka"), która ma już zmienioną karoserię, posiada okrągłe (podwójne) reflektory przednie. Z tyłu wyróżnia ją chromowana cieniutka prostokątna „oblamówka” wokół całego bloku świateł i rejestracji. „Piatjorka” („piątka”) ma już zmienione w stosunku do „szestjorki” przednie reflektory, które stały się prostokątne. Podobnie zmieniono wygląd tylnych świateł. Kolejnym modelem była, jak się łatwo domyślić, „sjemiorka” („siódemka”), która uzyskała odmienioną kastę z wyeksponowanym przednim grillem i prostokątnymi światłami przednimi i tylnymi (podobne do „piatjorki”).. A co z „dwojką” i „czetwiorką”? – spyta czujny czytelnik. Tę zagadkę rozwiązałem niedawno. Otóż są to wersje kombi odpowiednio: „kopiejki” oraz „piatjorki”. Poszczególne wersje zapewne różniły się także montowanymi w nich silnikami i innymi „bebechami”, ale ja jestem zbyt dużym ignorantem, by w tej dziedzinie zabierać głos. Jak z powyższego wynika – dla mnie Żiguliny różnią się światłami! BTW, na dobrą sprawę to nie jestem nawet pewien czy wszystkie modele od „adinki” do „sjemiorki” zyskały zaszczytne miano „Żiguli”.

Czy lista modeli Łady skończyła się na „sjemiorce”? Otóż nie. Jak udało mi się ustalić kolejne modele również uzyskiwały numerację, ale strasznie trudno jest znaleźć osobę, która by kompetentnie potrafiła wyłożyć na czym to dokładnie polega. „Wasmiorka” („ósemka”), to inaczej Łada Samara w kanciastym wydaniu – wersja trzydrzwiowa. „Diewjatka” („dziewiątka”) to pięciodrzwiowa wersja Samary. Do tego jeszcze na 100% istnieje Łada „diesjatka” („dziesiątka”) - obły sedan, jeśli się nie mylę, to określany mianem Łady Sputnik... Nie udało mi się określić, czy kolejnym modelom Łady nadawano dalsze wyższe numery – część rozmówców twierdzi, że tak i że podpadają pod to nawet modele Łady Nivy (ale bliżej nic więcej nie da się z nich wydobyć), część, że liczba dziesięć wyczerpuje tę wyliczankę. Jak jest naprawdę? Będę się starał to wyjaśnić…

Wspomniałem przed chwilą o Ładzie Nivie. Ten model postanowiłem włączyć do samochodów osobowych, bo jednak określenie „terenówka”w odniesieniu do Nivy nie chce mi do końca przejść przez gardło. Niv najwięcej widziałem na Zakaukaziu – bardzo popularna w Karabachu. W Uzbekistanie nie ma jej dużo. Samochód ten jest (a jeszcze bardziej był) bardzo popularny w Brazylii, gdzie w latach 90. zlokalizowano fabrykę tych aut. Modeli Nivy również jest co najmniej kilka, które dla mnie różnią się, tak jak i Żiguliny, przede wszystkim reflektorami tylnymi i przednimi. Niemniej jednak ten model Łady przeszedł ostatnio największy lifting – obecnie jest serwowany klientom pod marką Chevroleta – zyskał nowe obłe kształty i w niczym nie przypomina poprzednich modeli.

Łady są najczęściej pimpowanymi samochodami w byłym Sojuzie. Najprostszy pimping polega na zakupie białej Łady (bez znaczenia czy Żiguli – najlepiej „siemjorki”, czy Nivy) i wyposażeniu jej w przyciemniane szyby – najlepiej całkowicie czarne (w Uzbekistanie to nie przejdzie oczywiście: vide post o podróżowaniu po Uzbe, ale w takiej Armenii to już norma) oraz aluminiowe felgi, najlepiej do tego jeszcze niskoprofilowe opony. Najbardziej skomplikowane pimpingi to już przerabianie Żigulinów na knight-ridery :P Odsyłam do YT po szczegóły:



Wołga

GAZ - ГАЗ (Горьковский автомобильный завод - Gorkowska Fabryka Samochodów w Niżnym Nowogrodzie)

Wołga była i jest najbardziej luksusowym modelem radzieckiej i rosyjskiej myśli motoryzacyjnej. W czasach PRL-u uchodziła za limuzynę (moi rodzice jechali Wołgą do ślubu – pełen szpan!). Samochód ten, co trzeba przyznać, jest wielki – szeroki jak ciężarówka z dużymi, wygodnymi kanapami, przestrzennym bagażnikiem – istny krążownik szos! Dotyczy to wszystkich modeli Wołg. Pierwsza Wołga przypominała wyglądem amerykańskie samochody i nie sprawiała wrażenia aż tak ogromnej taczki. Pod koniec lat 70. pojawił się model Wołgi najbardziej znany w Polsce, czyli ten, którym w czarnej odmianie straszono dzieci. W latach osiemdziesiątych zmieniono wygląd przedniego grilla z chromowanego na plastikowym. Przy czym, mi osobiście bardziej podoba się ten z plastikowym. Na tym jednak historia Wołgi się nie kończy, choć jej kolejne wcielenia nie są w Polsce praktycznie znane. Można jeszcze wymienić trzy kolejne modele.

Moskwicz

МЗМА (Московский Завод Mалолитражных Aвтомобилей - Moskiewska Fabryka Samochodów Małolitrażowych)

Musiałem przyjechać aż do Uzbekistanu, żeby swobodnie obserwować te wehikuły na szosie. Wynika to oczywiście ze specyficznych warunków tego kraju. Wysokie cła importowe ogromnie podniosły wartość samochodów, więc nawet takie zabytki poruszają się po drogach. W innych państwach WNP te sprzęty już w dużej mierze zanikły, no może za wyjątkiem iżewskiego (produkowanego w fabryce w Iżewsku pod marką Iż) Moskwicza-412 w wersji zabudowany pick-up.

Zaporożec

ЗАЗ (Запорожский автомобилестроительный завод – Zaporoska Fabryka Samochodów)

O tym cudeńku z Ukrainy, a konkretnie modelu 968, nie będę się rozpisywał – każdy bez problemu znajdzie w Internecie mnóstwo dowcipów na ich temat. Za recenzję niech posłuży napis umieszczony na tylnej szybie przez zdystansowanego do rzeczywistości posiadacza tego autka: „Za to nie pieszkom!”. Taaaaak, mając Zaporożca, tym tylko można się pocieszać :P

Daewoo

No tych wspaniałych władców uzbeckich szos, tak dobrze znanych przecież z Polski 10 lat wcześniej, nie mogło zabraknąć w niniejszym poście. Ich ogromna liczba w Uzbekistanie wynika oczywiście z faktu istnienia zakładów produkujących te cuda w tym kraju. Na oko (to chłop w szpitalu umarł, wiem) 50%, a może i więcej, aut poruszających się po Uzbekistanie to Daewoo. Wśród osobówek dominują oczywiście Nexie, Matizy, Tico oraz coraz częściej bardziej eleganckie Leganzy. Rzadko występują Espero a Lanosów, tak dobrze znanych z PL czy UA, to w ogóle nie uświadczysz (no chyba że w drodze najprawdziwszego wyjątku). Obecnie nie produkuje się już w ogóle Tico, jednak są one bardzo popularne a ich rynkowe ceny są wyższe aniżeli nowych Matizów. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest… ich waga. Otóż Tico jest ponoć sporo lżejszy od Matiza, co z kolei wydatnie ogranicza zużycie paliwa. Toporny design tych samochodów nie ma dla ich właścicieli wielkiego znaczenia.

Zatytułowałem ten podrozdzialik Daewoo, choć winienem, gwoli ścisłości określić go mianem Daewoo/Chevrolet, albowiem po upadku Koreańczyków, przedsiębiorstwo przejęli Amerykanie. Zabawne wrażenia sprawia widok Matiza bądź innego wehikułu rodem z Korei z logo Chevroleta. Po przejęciu Nexia została poddana lekkiemu liftingowi, który jednak nie posłużył jej najlepiej. Stara Nexia nie grzeszyła pięknością, ale jak na swoje czasy wyglądała dużo lepiej.

Nexia jest też ulubionym samochodzikiem miejscowych majsterków-gangsterków z dostępem do kieszeni bogatych tatusiów. Samochód jest zazwyczaj koloru czarnego – w odróżnieniu od białych Ładsjemiorek”. Są więc dwa odrębne gangi samochodowców, przy czym moją wyraźną sympatię budzą Ładowcy, jako archetypiczni przedstawiciele egalitarnego plemienia „bratańskiego”, w odróżnieniu od zamkniętego kręgu zazwyczaj bubkowatych snobów od Nexii.


B. Samochody dostawcze/busy

Gazela

Tu chyba nikt nie ma wątpliwości, że w tej kategorii dominują Gazele, a ich nazwa dla wielu w byłym Sajuzie stała się synonimem samochodów o tej wersji nadwozia (jak w Polsce z rowerami oraz adidasami ;) ). Gazele śmigają jako marszrutki, dostawczaki, karetki itp. Projektanci ewidentnie inspirowali się wyglądem Forda Transita i dla wprawnego oka odróżnienie obu może stanowić problem – szczególnie od tyłu. Ale i na to jest sposób! Gazele są przeznaczone na cięższa warunki drogowe oraz większe obciążenia (chyba każdy wie, że do Gazeli wejdzie dwa od trzech razy więcej pasażerów niż jest gęsto ustawionych miejsc siedzących), co znalazło odbicie w wyposażeniu tylnej ośki samochodu w cztery koła, a nie dwa, jak ma to miejsce w Transitach. Nie muszę dodawać, że Gazele są poza tym dużo toporniejsze od Transitów, ale za to pewnie tańsze i łatwiejsze w naprawie (z tego sprzęt rosyjskiej proweniencji przecież słynie!). Jedna rzecz ogromnie mnie drażni/dziwi (złe słowa, bo na Wschodzie mało co mnie dziwi, a tym bardziej wkurza – człowiek cały czas musiałby się denerwować – szkoda życia!!) w Gazelach-marszrutkach, mianowicie: umieszczenie zewnętrznej klamki bocznych rozsuwanych drzwi. Klamka nie znajduje się, jak tego można by oczekiwać, z prawej strony, patrząc od zewnątrz (otwierając, drzwi odsuwają się one w lewo), lecz z dalszej, lewej strony. Dla zmylenia umieszczono oczywiście z prawej strony drzwi uchwyt, który wielu bierze za klamkę. Stąd często drzwi Gazeli obklejone są strzałkami ukazującymi, gdzie otwierać. Oczywiście ludziska tak czy siak mają problemy z otwarciem i wkurzają kierowców oraz pasażerów swoim marnotrawstwem cennego czasu. Nie muszę dodawać, że bardzo często stosunki na linii kierowca marszrutki (zazwyczaj zarazem właściciel samochodu) – pasażerowie są napięte! Ja tam się nie dziwię: wpuszczać tę całą hołotę pasażerską do własnego auta… Skandal!! Wracając do mechanizmu otwierania drzwi, dla kontrastu wewnętrzna klamka została umieszczona logicznie, czyli z lewej strony od wnętrza auta patrząc. Ot, taki żarcik konstruktorów ;) Bezinteresowna złośliwość ludzka nie zna granic. Pewnie zwijają się w kułak, widząc jak pasażerowie szukają instynktownie klamki z prawej strony drzwi, doprowadzając do szału kierowców Gazeli. Przynajmniej ja prawie zawsze wymiękam na ten widok :P

BTW, jeszcze kilka lat temu (powiedzmy: trzy) uświadczenie Gazeli na naszych drogach byłoby potraktowane jako wydarzenie niemniej niesamowite, jak spostrzeżenie ZiŁa-130 (o których oczywiście dalej) w odwróconych barwach: biała szoferka z niebieską maską. Obecnie jest już tych wehikułów całkiem sporo – mam na myśli Gazele w Polsce oczywiście, bo na ZiŁ-a z odwróconymi barwami ciągle czekam :P

Damas

Specyfika Uzbekistanu polega na tym, że jako marszrutki niezwykle popularne są wehikuły produkcji Daewoo, czyli Damasy, zwane pieszczotliwie przez nas Damaszkami. Są to typowe azjatyckie wynalazki, czyli wąziutkie mini-busy z miejscami siedzącymi na 6 osób (łącznie z kierowcą), co oczywiście nie przeszkadza załadować ich nawet dwukrotnie większą populacją ludzką. Jak się patrzy na te samochodziki kołyszące się na równej powierzchni jezdni, to ma się wrażenie, że zaraz któryś wykolebocze się na bok. Podobnie winien on zachować się przy dużym wietrze bocznym. Jednak, przyznaję, jeszcze nigdy w życiu nie wiedziałem, by spotkał je taki los. Najwyraźniej zadbano o niskie umieszczenie środka ciężkości :)

UAZ 452

УАЗ (Ульяновский автомобильный завод - Uljanowska Fabryka Samochodów)

W tej dziedzinie należy również wspomnieć o UAZ-ach 452, popularnie zwanych „buchankami”, czyli bochenkami, albowiem rzeczywiście przypominają z kształtu bochen chleba tostowego. Samochodziki te są pewnym rozwiązaniem pośrednim między busem/dostawczakiem a samochodem terenowym. Wyposażono je bowiem w możliwość przełączania napędu z dwóch na cztery koła. Nie można powiedzieć, żebym zakochał się w tym samochodzie od pierwszego wejrzenia, bo nie jest on specjalnie urodziwy, ale po tym, co Dagwa nam zaprezentował podczas pobytu w Mongolii kilka lat temu, pojawiło się we mnie pożądanie! Ja chce mieć UAZ-a 452! Cóż może kiedyś… :P

ErAZ, RAF i polskie akcenty

UAZ-a 452 nie można mylić z innym cudem radzieckiej motoryzacji dostawczo-osobowej obłego kształtu, czyli ErAZ-em (ЕрАЗ - Ереванский Автомобильный Завод – Erywańska Fabryka Samochodów). Rzadko widuje się je na drogach, najczęściej w Armenii, co nie powinno dziwić, wszak były produkowane w Erywaniu.

W tej dziedzinie nie można również zapomnieć o samochodach marki RAF (РАФ - Рижская Автобусная Фабрика / Rīgas Autobusu Fabrika - Ryska Fabryka Autobusów), które były produkowane na Łotwie. Sporo ich jeździ ciągle po Armenii, w innych regionach byłego ZSRR są raczej rzadkością – nigdy nie widziałem ich w macierzystej Rydze!

Wspomnieć jeszcze muszę o dawnej popularności polskich wehikułów – Żuka i Nysy w byłym ZSRR. W dalszym ciągu można dostrzec jeszcze jej spuściznę. Ja miałem tę przeogromną przyjemność dotychczas na Zakaukaziu i w Azji Środkowej. Są to niestety jedyne pojazdy made in Poland, które można dostrzec na szosach Związku Radzieckiego. Nigdy nie widziałem na obszarze ZSRR polskich autobusów (poza Solarisami w Rydze i Wilnie – ale to nie jest dla mnie taki ZSRR pełną gębą :P ), ciężarówek czy osobówek. BTW, nie wiem, na jakim etapie jest kwestia zakupu Solariów dla transportu miejskiego w Tbilisi…


C. Samochody terenowe

Tutaj się nie będę wielce rozpisywał. Oczywiście niekwestionowanym królem jest UAZ 469 we swych wszystkich inkarnacjach. Samochód prosty i twardy, bez atłasów i wygód. Idealny żeby wjechać w błoto, albo przygrzmocić w inną maszynę bez rozmyślania o ewentualnych zadrapaniach czy wgnieceniach (vide: przejście graniczne MO-CHN Zamyn-Uud/Erenhot).

Drugim wehikułem jest wciąż widoczny gdzie niegdzie GAZ 69.


D. Ciężarówki

W tej kategorii należy odnotować następujące taczki: Kamazy, które są nawet nienajgorszymi samochodami, żałosne w swej toporności ZiŁ-y 130 i GAZ-y 53, wymykające się jednoznacznej ocenie MAZ-y oraz potężne KrAZ-y i Urale.

Kamaz

КАМАЗ (Камский автомобильный завод - Kamska Fabryka Samochodów)

Kamazów przedstawiać nie trzeba, firma doskonale znana na całym świecie, której ekipa kilkakrotnie zwyciężała w rajdach Paryż-Dakar. Maszyny z Tatarstanu występują we wszelkich możliwych odmianach: od transporterów wojska poprzez wywrotki czy betoniarki na ciągnikach siodłowych kończąc.

Samochody te wysyłane są na najgorsze odcinki górskie Azji Środkowej czy Zakaukazia, gdzie przeładowane do granic wytrzymałości osiek oraz silnika w zabójczo mozolnym tempie przewożą swe towary. Kierowcy często nie są w stanie rozwinąć szybkości większej niż 10 km/h, stąd pokonanie nawet niedużego dystansu zajmuje wiele godzin jazdy. W takich warunkach nie trudno jest przysnąć i zsunąć się Kamazem w przepaść. Ot, typowa syberyjska historia samotnych kierowców Kamazów – nawiązując do Motosyberii. Ale za to, jak już Kamaz wyskoczy na płaską powierzchnię, a do tego jest bez lub z niewielkim ładunkiem, to biada zwykłym żuczkom! Kierownik włącza wycieraczki, łapa na klakson, potencjometr wyjąco-trzeszczącego magnetofonu przekręcony na maksimum, but na pedał gazu i do boju! Drżyjcie Żiguliny, Ziliszcza i inne Wołgi! Prawdziwy król nadchodzi! W tym kontekście polecam autostopowanie z Kamazowcami na trasie Goris-Stepanakert. Już dwukrotnie dane mi było przeżyć rajdy Kamazem na tej krętej drodze i jest to nie lada atrakcja (oczywiście mógł być to przypadek :P )! Rollercoaster wysiada! Szczególnie jeśli jedzie się w szoferce w 4 osoby, opierając się o drzwi, które w każdej chwili mogą się otworzyć pod naporem miotanych siłą bezwładności ciał. Przy każdym zakręcie w lewo, człowiek chce się zapaść w tym skrawku fotelu, na którym jest mu dane siedzieć, chce się przyspawać, przypiąć pasami, których nie ma, chwycić oderwanego uchwytu, desperacko przywrócić iluzoryczną kontrolę nad swym życiem i to wszystko podczas tłumaczenia ciekawskiemu kierowcy, co przywiodło Polaka w tak dalekie strony, skąd zna on język rosyjski i jak to w ogóle możliwe, żeby mieszkać, jak dzikus w namiocie oraz jeździć, jak dziad proszalny na stopa!? (Ten opis winien się znaleźć podczas opisu pobytu w Karabachu, ale jakoś się nie znalazł :P Chyba musiałem przetrawić całą sytuację w swej głowie)

ZiŁ 130 i GAZ 53

ZiŁ-y 130 (ЗИЛ-130 - Завод имени Лихачёва - Zakład imienia Lichaczowa) i GAZ-y 53 na mój użytek nazywane roboczo, odpowiednio Ziliszczami oraz Gazonami, to samochody, które dla niewprawnego oka niczym się nie różnią. Stąd też są wrzucane do jednego worka z plakietką ZiŁ. Jest to błąd, aczkolwiek wybaczalny, gdyż faktycznie rozróżnienie tych ciężarówek nie jest wcale łatwe. Oba samochody mają zbliżoną konstrukcję szoferki i gabaryty pojazdu. Wypuszczane były w dwóch identycznych wersjach kolorystycznych: khaki oraz błękitno-białej (biały jest „fronton” obudowy silnika). Poza tym oba modele wyglądają topornie, wleczą się niemiłosiernie, ich silniki wydają podobny dźwięk z charakterystycznym, powtarzającym się co pi razy drzwi 5 sekund pierdnięcio-sykiem: trsssss (gdzie „tr”, jak w wyrazie trociny a reszta jak syk węża)!!

A jednak! O dziwo, samochody te różnią się nie tylko nazwą!! ZiŁ 130 to ciężarówka 3,5-tonowa, podczas gdy GAZ 53 jedynie 2,5-tonowa. Zgadzam się, że ciężko na pierwszy rzut okaz zauważyć tę brakującą tonę, dlatego postaram się podać kilka „drugorzędowych cech gatunkowych” obu samochodów, po których będzie Wam łatwiej je odróżniać:

Cecha nr 1 – ułożenie sztab przedniego grilla.

W GAZ-ie przedni grill jest utworzony przez pionowo ułożone sztaby – odstępstw od tej zasady nie widziałem, tudzież nie przypominam sobie obecnie. ZiŁ z kolei wyposażony jest w fantazyjny wzór grilla, w którym poprzeczki układają się jednak poziomo – możliwe jest kilka wariantów wzorów, jednak decyduje poziome ułożenie sztab.

Cecha nr 2 – wyprofilowanie obudowy przednich kół.

To cecha bardzo istotna, ułatwiająca rozpoznanie marki auta przy widoczności z profilu lub tylnego półprofilu! Jednocześnie bardzo trudna do wytłumaczenia. W GAZ-ach obudowa przedniego koła jest bardziej wysklepiona do góry niż w ZiŁ-ach. Daje to efekt taki, iż większa powierzchnia blachy jest widoczna nad kołem, gdy patrzymy na samochód z boku. Ponadto nadkole ZiŁ-a jest łagodniej wygięte w porównaniu do Gazońskiego oraz wyposażone w grubszą „zakładkę” blachy na krawędzi nadkola. Cecha nr 2 łączy się z cechą nr 3:

Cecha nr 3 – migacze boczne na nadkolach.

Ze względu na kształt nadkoli, a konkretnie zagięcie blachy oraz odległość tego zagięcia od krawędzi nadkola, troszkę inaczej prezentują się migacze w obu samochodach. Migacze ZiŁ-ów osadzone są już na łuku, wygięciu blachy przechodzącej płynnie z płaszczyzny pionowej do poziomej – z tego względu sterczą lekko do góry. GAZ dysponuje większą powierzchnią boczną nadkola, jak było wyżej odnotowane, wobec czego klosze świateł są skierowane poziomo.

Cecha nr 4 – nacięcia wentylacyjne na masce.

Maska ZiŁ-ów wyposażona jest w poziome nacięcia wentylacyjne na swych bocznych powierzchniach tuż przy zawiasach. GAZ-y takich otworów nie posiadają. Ponadto maska ZiŁ-a wydaje się być bardziej wysklepiona, jednak uczciwie zastrzegam, że może to być jeno złudzenie!

Cecha nr 5 – wlew paliwa.

Ten element jest szczególnie charakterystyczny dla GAZ-ów. W ich bowiem przypadku wlew umieszczony jest zawsze za drzwiami kierowcy i przybiera dość toporną postać wystającej, delikatnie odstającej w bok rury zwieńczonej korkiem. W przypadku ZiŁ-ów paliwo wlewa się zazwyczaj przez zakręcany otwór wycięty bezpośrednio w ścianie pokrywy zbiornika.

Cecha nr 6 – kształt drzwi.

Drzwi Gazonów są zaokrąglone do góry, podczas gdy Ziliszcza – zakończone są dwoma kątami prostymi. Górna część drzwi, jak i boczne szyby ZiŁ-a mają kształt prostokąta, natomiast w przypadku GAZ-a są to kształty zbliżone do trapezu, którego jeden tylko bok pokrywa się z jego wysokością (jasne? :P ). W GAZ-ie górna (węższa) część drzwi płynnie przechodzi w dolną (szerszą), natomiast w ZiL-e do tego samego celu posłużono się specjalnym łukiem.

Cecha nr 7 – zamocowanie drzwi.

Drzwi w ZiŁ-ach zamocowane są przy pomocy widocznych, wystających zawiasów. W przypadku GAZ-a zadbano o bardziej estetyczne rozwiązanie – chowając połączenia pod blachą.

Cecha nr 8 – układ przednich świateł.

To jest cecha o charakterze trzecio- albo i czwartorzędowym i nie ma ona charteru absolutnego. Otóż wszystkie GAZ-y, które widziałem mają następujący układ świateł na „przednim panelu”: migacze umieszczone nad reflektorami. Podobny układ ma zdecydowana większość ZiŁ-ów, jednak występując wyjątki – można dostrzec ZiŁ-y z odwrotnym układem – migacze znajdują się poniżej świateł przednich.

Cecha nr 9 – typ nadwozia.

Ze względu na fakt, iż ZiŁ-y są potężniejsze od GAZ-ów, są też wyposażone w bardziej różnorodne typy nadwozi. Można znaleźć GAZ-a wyposażonego w podnośnik, ale już nie w dźwig budowlany. Nie spotkałem się również z GAZ-ami wywrotkami czy ciągnikami siodłowymi. Ponadto ZiŁ-130 może występować w wersji trójosiowej – zazwyczaj jako dźwig budowlany.

UWAGA!
Przy oznaczaniu w/w gatunków wskazane jest zachowanie rewolucyjnej czujności, albowiem wiele elementów z obu samochodów jest wzajemnie kompatybilnych, a i zdolności radzieckich mechaników wyposażonych w młotek i spawarkę są w świecie słynne. Musimy się więc liczyć z istnieniem osobników obojnaczych, a więc wyposażonych w przymioty Ziliszcza, jak i Gazona. W takiej sytuacji jedynie wybitni znawcy tematu po oględzinach samochodów są w stanie zadecydować, które cechy gatunkowe przeważają i na tej podstawie zdeterminować markę samochodu!

Tutaj mała prezentacja, co ZiŁ-y i GAZ-y potrafią, jeśli za ich sterami siądzie zdolny kierownik:



Nie będę się tutaj rozpisywał, ze względu na małe rozeznanie w temacie, o potężniejszych Ziłach 131, które są wykorzystywane często przez wojsko albo jako wozy strażackie oraz nowszych wersjach GAZ-ów (z kanciastymi szoferkami).

MAZ

МАЗ (Минский автомобильный завод – Mińska Fabryka Samochodów)

Te białoruskie ciężarówki są również bardzo rozpowszechnione w byłym ZSRR. Widziałem ich również sporo w północnym Iranie (obok ZiŁ-ów 130). Występują również i u nas. Uniwersalnością swego zastosowania przypominają Kamazy, choć nie zyskały one aż tylu zastosowań. Nie widziałem chociażby nigdy MAZ-ów w wersji wojskowej (nie wspominam tutaj o potężnych kilkuosiowych „wszędołazach”, nośnikach broni rakietowej). MAZ-y są bardzo popularne jako ciągniki siodłowe, chyba nawet bardziej niż Kamazy. Nadto często można spotkać wywrotki oraz dźwigi. I to właśnie tym ostatnim chciałbym poświęcić ciut więcej miejsca. W dźwigach budowlanych na podwoziu MAZ hak podczepiany jest do zaczepu umieszczonego pod przednim zderzakiem samochodu. Nagminnie można spotkać dźwigi – MAZ-y z nienaturalnie podniesioną z przodu szoferką. Myślę, że jest to wynikiem jej wyrwania przez operatora dźwigu, który podciągnął hak zbyt mocno już po jego podczepieniu. Musi to być wada konstrukcyjna samochodu, bowiem dźwigi umieszczane na innych nadwoziach: ZiŁ-ach oraz Kamazach nie powodują uniesienia szoferki a nie łudzę się, że ich operatorzy są ostrożniejsi ;)

KrAZ i Ural

КрАЗ (Кременчугский автомобильный завод - Krzemieńczugska Fabryka Samochodów)

Урал (Уральский автомобильный завод - Uralska Fabryka Samochodów)

Pod tymi markami produkowane są potężne maszyny. Stare KrAZ-y sprawiały szczególnie wrażenie, jakby montowano w nich silniki od czołgów. Obecne modele są dużo zgrabniejsze, ale nadal ich design zdradza potęgę tkwiącą w tych maszynach. Podobne wrażenie wywierają na mnie Urale.

Warte odnotowania w kategorii ciężarówek są także GAZ-y 66.


E. Autobusy

Uwaga, w tej kategorii pojawią się najstraszniejsze szosowe potwory: PAZ-y, GAZ-y oraz LAZ-y (LiAZ-y sobie daruję, choć należy przyznać, że te pojazdy są już całkiem przyzwoite). Specyfiką Uzbekistanu są zaś Isuzu.

PAZ

ПАЗ (Павловский автобусный завод - Pawłowska Fabryka Autobusów)

Autobusy marki PAZ, zwane Pazikami są tragedią motoryzacyjną, szczególnie model 672. Miałem okazję kilkakrotnie jechać tym wehikułem i za każdym razem cieszyłem się jak dziecko, że nie muszę tymi złomami dojeżdżać do pracy/szkoły/gdziekolwiek… Wlecze się „toto” niemiłosiernie – rowerem jest chyba szybciej, co najwyżej mniej wygodnie… Broń Boże siadać na tylnym siedzeniu – człowiek czuje się jakby znalazł się w piekarniku z nawiewem. Do tego hałas nie do wytrzymania. Trzeba jednak przyznać, że człowiek nie powinien się niczego innego spodziewać już po pierwszym rzucie oka na te cuda motoryzacji :P Paziki mają obły kształt i na karoserii w miejscu „przejścia” „burty” w dach zostały umieszczone okna, dzięki którym można byłoby obserwować niebo, gdyby nie były zamalowane/zaklejone taśmą klejącą/ zastawioną dyktą lub blachą :P Z jeżdżenia PAZ-ami można jednak wyciągnąć coś pozytywnego – mianowicie ja dostrzegłem, że nasze stare polskie Autosany H9 nie są wcale takie złe :P

Nie jechałem nigdy nowszym modelem PAZ-a, PAZ-em-3205 który jest jeszcze mniejszy niż poprzednik i wyglądem swym ani trochę nie zachęca do podróżowania… Liczę jednak, że kiedyś nadrobię i tę zaległość.

KAwZ-685

КАвЗ-685 (Курганский Автобусный Завод - Kurgańska Fabryka Autobusów)

KAwZ swą potwornością może rywalizować z PAZ-em. Oba pojazdy rywalizują chyba o miano najpowolniejszego autobusu świata. Dodatkowo KawZ jest jeszcze gorszy pod względem wyglądu zewnętrznego. Przód zapożyczono bowiem z ciężarówki GAZ 53, do której dobudowano zakończony oble odwłok, w którym siadają pasażerowie… Ciekawostką KAwZ-a jest to, że przednie drzwi z prawej strony szoferki, którymi wchodzą pasażerowie nie są wyposażone z zewnątrz w klamkę – otóż otworzyć je może wyłącznie kierowca za pomocą specjalnego „popychadła”! Proszę o informacje, jeśli ktoś spotkał się z takim rozwiązaniem w innych pojazdach :)

LAZ-699

ЛАЗ-699 (Львовский автобусный завод – Lwowska Fabryka Autobusów)

O tych autobusach wspominam tylko z sentymentu do Lwowa. Były one bowiem produkowane w tym mieście i często określa się je mianem Lwowów. Przypominają mi nasze wspomniane wyżej Autosany (niekoniecznie wyglądem), ale swą wielkością oraz osiągami.

Isuzu

Wspominam o nich tylko dlatego, że zdominowały autobusowy segment Uzbekistanu. Są to małe (wielkości PAZ-a-3205) pojazdy, które wytwarza się w Samarkandzie. Obok Mercedesów wchodzą w skład taszkenckiego MPK :P Są pawie zawsze przeładowane, mają wąskie drzwi i prawie zawsze piszczą przy hamowaniu :P Ale ogólnie dają radę ;)


To by było na tyle…

W żadnym stopniu temat nie został wyczerpany. Wiele maszyn nie zostało przedstawionych w ogóle lub tylko pobieżnie. Mam nadzieję, że moja wiedza na temat radzieckich i rosyjskich pojazdów będzie wzrastać wraz z upływem czasu…

Mimo kubłów krytyki, które wylałem na większość zaprezentowanych tutaj pojazdów, chciałbym zapewnić, że wszystkie one (no może poza Daewoo) cieszą się moją sympatią i budzą radosny uśmiech na twarzy, gdy tylko pojawią się na horyzoncie. Wiele z tych samochodów jest obiektem moich marzeń i mam nadzieję, że kiedyś będzie mi dane któreś z nich posiadać :)

I nie mówię tu tylko o tej wspaniałej Wołdze z silnikiem V8:



sobota, 10 kwietnia 2010

[*]



wtorek, 26 stycznia 2010

Polskie cmentarze żołnierzy Armii gen. Władysława Andersa w Uzbekistanie


Dzięki uprzejmości Pani Konsul z Taszkentu zamieszczam mapkę z zaznaczonymi cmentarzami w Uzbekistanie, na których zostali pogrzebani żołnierze Armii gen. Władysława Andersa. Żywię nadzieję, że może to się komuś przydać a dla wielu będzie co najmniej interesujące. (Dla powiększenia kliknąć obrazek.)



sobota, 23 stycznia 2010

Rahmat!


Ciężko przychodzi mi pisanie tego postu. De facto kończy on bowiem działalność Taszkentczyka. Taszkentczyk powrócił na stałe do macierzy i przysługują mu obecnie tytuły Słupczanina oraz Poznaniaka (choć ten drugi, przyznaję, na wyrost :P ). Oczywiście plany powrotu, choć nieskonkretyzowane, są. Inszallach, ich realizacja nastąpi w miarę szybko… W końcu miejsce Taszkentczyka jest w Taszkencie… aczkolwiek ma on coraz większą chrapkę na stanie się Duszanbińcem :P


Trzymając się jednak faktów – wróciłem do Polski i zapewne nie opuszczę Umęczonej aż do okresu wakacyjnego (no może poza jakimiś krótkimi wypadami ;) )... Perspektywa na najbliższe pół roku – samodoskonalenie się na polu nauki i edukacji ;) A poza tym obmyślanie strategii na przyszłość dalszą i bliższą, zawodową oraz podróżniczą…

W takim momencie chętnie, lecz z nostalgią, wracam do wydarzeń poprzedniego roku… Przed oczyma przebiegają mi ci wszyscy cudowni ludzie i te wszystkie wydarzenia, które spowodowały, że rok 2009 był zdecydowanie najciekawszym w moim dotychczasowym żywocie. Dziękuję wszystkim, których było mi dane spotkać w tym czasie na szlaku swej ziemskiej peregrynacji… Rahmat!!

…4 stycznia 2009 – dworzec kolejowy w Słupcy – „jak to będzie w tym Uzbekistanie?”…
…Aliszer z Szarafem grają za ścianą mojego pokoju na gitarze i proponują wyjście na lodowisko…
…czuję zapach małej czajchany, do której wybrałem się na pierwszy obiad po przyjeździe do Uzbekistanu…
…manty… ahhh jem porcję mantów w śmietanie i zieleninie…
…czuję ścisk w autobusie linii nr 23, którym jadę z akademika na uczelnię…
…za oknem: zakłady Elektroaparat, uśmiecha się do mnie Pierwszy Prezydent Uzbekistanu, przedszkole, smutne blokowiska, startujące samoloty, tryskające snopami iskier tramwaje oraz przepiękna panorama Tien-Szanu…
…idę na pierwsze zajęcia na uniwerku z uczuciem „Boże, jak ja dam sobie radę?”…
…siadam na łóżku z mapą Azji Centralnej i zastanawiam się, dokąd ruszyć na wakacyjne podboje – szkoda, że nie wypaliło z Wyspami Wozrażdienija…
…kino bałkańskie z Aliną, Olą, Zilolą i Recepem…
…spoglądam z najwyższego minaretu Uzbekistanu na zabudowania starej Chiwy…
… Żiguli-taksówka – czemu nie, ale Matiz albo Tico?…
…spotykam się z Martyną i Olgą na Miron Szocha i poznaję Sebastiana…
…jadę z Romanem w góry i schodzę pierwszy raz w życiu z mini-lawinką…
…sto dolarów = pół plecaka uzbeckich sumów…
…kocioł z sumalakiem podczas święta Navruz…
…courseworki…
…Taszkencki Instytutu Irygacji i Melioracji i jego ekskluzywne toalety…
…Wiera Markowna magluje mnie z zakamarków „Ruskoj Duszy”…
…dziwię się, że nikt nie wpada w otwarte kanały ściekowe poprowadzone wzdłuż ulic…
…blin, co to są te małe białe kulki sprzedawane przez babuszki przy wejściach do stacji matra?…
…czy można znaleźć ot tak sobie na ulicy 1000 dolarów? Na Broadway’u można…
…idę na pchli targ – Tyzykowkę i w efekcie… poznaję Guillaume’a (jakby nie patrzeć zachodzi tu jasny związek przyczynowy :) )…
…Elvis, Rudik i Maryla Rodowicz…
…”Diamond”, „Prince”, „Darchon”, „Niagara” i „Opera” – wesoło jest…
…wódka „z bagażnika”…
…gapię się, jak zaczarowany w nurt Amu-Darii pod Termezem, a przede wszystkim w kraj leżący po drugiej stronie jej brzegu („Afghanistan is calling” po raz pierwszy)…
…dziwię się, gdzie się podziały te wszystkie Daewoo w Polsce…
…Zamira i Eldor stworzyli szybkie danie akademickie…
…przekomarzam się z Ibrahimem na temat Gruzji i Saakaszwilego…
…wkurzam się na brak sera żółtego w osiedlowym sklepiku...
…ponad pół godziny na basen wlekącym się tramwajem…
…czeczewica by Jegor…
…wraz z Muratem i Profesorem przeżywamy wyniki wyborów samorządowych w Turcji…
…uczę się na egzaminy, przerywając sobie pogadankami z Pederem o jego rowerowych podróżach do Kapsztadu oraz Szanghaju…
…po wizę kirgiską do konsulatu, marsz!…
…Osz --> Mi-8 --> Aczik-Tasz…
…plecak się toczy, toczy, toczy i… wpada do szczeliny…
…herbata o smaku etyliny-92, bezcenne…
…”Panie!! Pańska buteleczka!! Przelało się!”...
…z podziwem spoglądam na Brazylijczyków, którzy nie popuścili Leninowi…
…spotykam Anię, Magdę, Kubę i Radka na kirgiskiej ziemi – ekipa w komplecie…
…nasz Tranzicior – Kamazy z drogi!…
…Owca Marco Polo – do dziś mam wyrzuty sumienia…
...ciało doskonale czarne – ocieramy się o Nobla z fizyki...
…z mroku wynurza się zakrwawiona twarz tadżyckiego oficera…
…a drogę pod Iszkaszimem zajeżdża nam biały Lexus…
…”Krzychu! Zabierz te kupy sprzed moich oczu!”...
…”Maszinu otstawim na sztraf-plościadku”…
…tu było kiedyś morze…
…”Ty, a co to za łuna na horyzoncie?”…
…w Uzbekistanie żarka…
…”Majle, Majle, Chop!”…
…”HoMs meeting at Polish Residence” i “Dear All”…
…pięknym zostawiliśmy cmentarz w Guzarze…
…Duszanbe – „zielionyj gorad”…
…Magda tłumaczy, dlaczego woda w nureckim zbiorniku ma taki ładny niebieski odcień…
…Skaldy dorzucili do pieca!...
…”Student kompletnie się stoczył”…
…”Zakład Fryzjerski zamknięty z powodu seminarium”…
…”Wujek, ty nie mozes się rusać, jak ja uciekam”…
…witamy z Danielem Nowy Rok na Mustaquilik, zaglądając do milicyjnej suki…
…3 stycznia 2010 – dworzec kolejowy w Słupcy – „jak to będzie w tej Polsce?”…

Taaak…

A wszystko to zaczęło się w tramwaju nr 9 w miesiącu styczniu/lutym 2008 roku w drodze z HCP do Biblioteki Uniwersyteckiej i rozmowy z Martyną… Dzięki Ci Martyna!! :)

Jeśli więc chcecie jechać do Uzbekistanu i nie tylko, to musicie jeździć, jak najczęściej tramwajami linii nr 9 poznańskiego MPK i liczyć na spotkanie Waszej Martyny!


To już jest koniec… Choć nie tak do końca, bo ciągle wisi nade mną obiecany dawno post o motoryzacji. Postaram się to nadrobić wkrótce.

Dziękuję wszystkim, którzy zaglądali na Taszkentczyka i czytali moje wynurzenia, w szczególności zaś tym, którym chciało się to jeszcze komentować: Uli, Magdzie, Martynie, Asi, Oldze, Krzysztofowi, Sokołowi, Bracholowi, Andrzejowi, Gabrysiowi, Czajolowi, GooRooo i wszystkim tym, których tu pominąłem!


Myślę, że Taszkentczyk osiągnął swój główny cel – był platformą kontaktu między mną a Wami, Drodzy Przyjaciele! Wiem, że wpisów było mniej niż się spodziewaliście i mniej niż sam zakładałem oraz pojawiały się nieregularnie, ale to wynika z faktu, iż pisanie prawie od zawsze sprawiało mi ból wręcz fizyczny :P Niemniej jednak ponad 7000 wejść w ciągu roku poczytuję sobie za sukces i całkiem niezły wynik – jeśli do tego by dodać wejścia na moją galerię na Picasie oraz na kanał YouTube – to będzie to ponad 100.000! :D A to już nie w kij pierdział!

Teraz kilka takich fajnych screenów z mapo-liczydła (klyknąć dla powiększenia):


Oczywiście mam pełną świadomość, że powstają one w drodze jakiejś machlojki, szachrajstwa i w ogóle sam Szatan musi maczać w tym swe paluchy – prawdopodobnie zaraz po zamieszczeniu nowego posta informacja o tym jest wyrzucana na główną stronę bloggera, albo cóś w ten deseń i dzięki temu blog przeżywa krótką inwazję gości ze wszystkich stron świata… No, ale wygląda to fajnie, nie? :P

I na sam koniec: kilka haseł z wyszukiwarek, które pozwalały dostać się na Taszkentczyka (pisownia oryginalna):

„jak będzie niedziela po rusku”
„co by było gdyby ciągle pada deszcz propozycje”
„ścigające się autobusy zmiennicy”
„zielone swiatlo na skrzyżowaniu”
„polsko-rosyjski słownik terminologii prawniczej”
„kaszanka a kościół katolicki”
„wielocypedy”
„poczuć 100% szatana”
„radziecki rower ził”
„wyglad pomalowanych blokow mieszkalnych”
„www. most przyjażni na amu darii afganistan-uzbekistan com.”
„lacki laszy”
„ślub z innowierc”
„malzenstwa polsko uzbeckie”
„pasy radzieckie”
„rosyjska wersja straciłaś cnotę”
„gdzie można znaleść legendę nysy”
„rower przeskakujące pedały”
„plan pracy beeline”
„business policies co to znaczy”
„uzelektroaparat.com”
„grobowiec gur- i mir w Samarkandzie”
„traciłam cnotę - disco polo kings”
„mundur omon”
„lać po ściance”
„wschodoznawstwo uam czy warto”
„egor odessa”
„turkmen basza”
„cena akademika w mediolanie 2009”
„wyspa dupowa”
„iwano frankowsk kwatery prywatne”
„to w polsce nie mówicie po rosyjsku”
„szarpią struny na pełnej kurwie” (dzięki Czajol!! To tylko dzięki Tobie :) )
„nuty z liczbami dla dzieci”
„kim jest wiolonczelistka skaldowie”
„sterta gruzu indie instalacje”
„michał karłowicz lawendo”
"rataje gdzie pieczywo w niedziele"
"przedwojenne lokomotywy"


A może jednak będę tutaj wrzucał jakieś posty z kolejnych eskapad (w końcu jurne myśli wytwórcze nigdy nie zagasną!)? A i Górski Karabach dał już przykład… Pomyślimy :)

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Grudzień w pigułce


Zgodnie z najgorszymi tradycjami tego blogu, iż wszelkie informacje pojawiają się na nim z dużą czasową obsuwą, zamieszczam właśnie wspomnienia z ostatniego miesiąca mojego pobytu w Taszkencie.

Grudzień okazał się być najbardziej pracowitym oraz „zakręconym” okresem. Przyczyn tego stanu rzeczy było co najmniej kilka. Część z nich jest constans dla każdego z nas w każdym roku, praktycznie bez względu na miejsce, w którym się znajdujemy – wiadomo: Boże Narodzenie, Nowy Rok, szaleństwo przedświąteczne, część z nich wynikła ze specyfiki tego okresu we wszelkich placówkach dyplomatycznych oraz urzędach administracji, część zaś (i to pewnie największa) dopadła Ambasadę zgodnie z prawami Murphy’ego… Niemniej jednak, chyba ze względu na natłok zadań, pracę pod presją czasu i atmosferę ciągłego oczekiwania: to na przylot ministra, to premiera, to prezydenta, to Gwiazdora, grudzień będę najdłużej i najcieplej wspominał :)

Nie o wszystkim pisać mogę, nie o wszystkim chcę, nie wszystko pamiętam :P

Tak więc w telegraficznym skrócie:

1. Taszkent, albo precyzyjniej, istotny jego landmark, jakim niewątpliwie jest Skwer Amira Temura, uległ ogromnej przemianie. Niestety, w mej opinii (i nie tylko) na gorsze. Jak wiadomo okolica Skweru podlegała ostatnio wielkim zmianom związanym z budową Pałacu Forum „Uzbekistan” (Дворец форумов nie wiem, czy tak to powinno się tłumaczyć na polski – w naszej tradycji to by chyba był bardziej Pałac Zjazdów…). W związku z tym, jak wcześniej donosiłem, zburzono moją tanią jadłodajnię a w jej miejsce postawiono drugi kurant. Największe zmiany nastąpiły jednak pod koniec listopada. Na skwer wkroczyły brygady robotniczo-chłopskie i przystąpiły do dzieła niszczenia, o którym też już donosiłem wcześniej. Bez konsultacji społecznych wycięto praktycznie wszystkie drzewa na Skwerze, a były to przede wszystkim ponad stuletnie, potężne platany. Skwer, który latem dawał schronienie przed słonecznym żarem oraz pewne poczucie intymności w środku miasta, zawsze był pełen ludzi, w tym, co mnie najbardziej urzekało, starców grających tu i ówdzie w szachy, zmienił swoje oblicze nie do poznania. Zostawiono kilka starych drzew, które można policzyć na palcach dwóch dłoni i zasadzono mnóstwo maleńkich choineczek. Oczywiście wygląda to nadal ładnie i dla kogoś, kto nie widział poprzedniego oblicza Skweru może dziwić podnoszone larum, ale uwierzcie mi, obecne oblicze parku nie umywa się do poprzedniego i wcale nie dziwi, że wielu mieszkańcom Taszkentu dźwięk pił spalinowych oraz trzask łamanych konarów musiał rozrywać serca… Ale to jeszcze nie koniec! Dodatkowo zburzono hotel Poytaxt (gdy wyjeżdżałem trwało wywożenie zgromadzonego gruzu) oraz, co gorsza, budynek byłej cerkwi przy dawnym seminarium nauczycielskim… Naturalnie pojawia się pytanie, w jakim celu poczyniono tak daleko idące kroki. Chodzi najprawdopodobniej (najprawdopodobniej, bo oficjalnie nikt nie komentuje tych działań) o zapewnienie lepszego widoku na nowopowstały Pałac... Szkoda, przecież nie jest z niego znowu taki cud… :/

Dla zainteresowanych tym, co się dzieje wokół Skweru polecam te dwa reportaże:
Прощай, ташкентский Сквер!
В Ташкенте сносят очередные исторические объекты – здание церкви и гостиницы


2. W związku ze świętami Bożego Narodzenia organizacje polonijne w Taszkencie podjęły się przygotowania spotkań wigilijnych. Miałem ogromną przyjemność uczestniczyć w dwóch takich uroczystościach. Pierwszą zorganizowała „Polska klasa” pod kierownictwem Moniki Lotosz.



Wigilia odbyła się w salach kościoła katolickiego. Swoją obecnością uroczystość uświetnił ks. bp Jerzy Maculewicz, będący administratorem apostolskim w Uzbekistanie. Świetnym pomysłem Moniki było „zorganizowanie” grupki kolędników, która odegrała zabawną scenkę świątecznych i noworocznyc
h życzeń. Oprawę muzyczną zapewnił natomiast zespół „Bawełnianki”, który powalił mnie swoim wykonaniem kolędy góralskiej „Gore gwiazda Jezusowi” (w sieci można znaleźć ją w wersji Arki Noego, ale nie robi ona większego wrażenia).

Tydzień później,
w drugie święto Bożego Narodzenia odbyło się spotkanie w „Świetlicy Polskiej”, również połączone z poczęstunkiem oraz częścią artystyczną, którą przygotowali Paweł Zajkowski i Ilija Filippow, a w której zaprezentowały się „Bawełnianki” i Zespół „Społem”.

Skoro już wspominam o obu zespołach, to poświęcę im ciut więcej miejsca, są bowiem tego na pewno warte. Z ich występami mogliście także zapoznać przy okazji jednego z wcześniejszych postów na temat Festiwalu Polskiej Piosenki. „Społem” tworzy ogółem (mam nadzieję, że się nie mylę) 7 osób. Część z nich ma wykształcenie muzyczne i prowadzi ożywioną działalność na tym polu. Na przykład z Pawłem spotkałem się po raz pierwszy w kwietniu, gdy byłem zupełnie przypadkowo na koncercie charytatywnym w Domu Kompozytorów w Taszkencie – zapamiętałem go, bo brawurowo naśladował Louisa Armstronga :) Nie wiedziałem jednak wtedy, że ma polskie korzenie (dowiedziałem się o tym po koncercie od Romana, na którego zaproszenie znalazłem się w ogóle na koncercie), a tym bardziej że występuje w polskim zespole ludowym! A z Eugenią łączy mnie na przykład fakt studiowania na WIUT – o czym też zresztą nie wiedziałem wcześniej ;) Poza pięknymi głosami – członkowie zespołu potrafią grać na gitarze, pianinie, skrzypcach i akordeonie (na tych instrumentach przynajmniej ja widziałem ich występy). „Społem” bywało już z koncertami na festiwalach w Polsce, lecz niestety ostatni raz w 2008 roku – kryzys gospodarczy udaremnił im plany wyjazdowe na rok 2009… :(
„Bawełnianki” to natomiast zespół rodzinny, który tworzy mama, grająca na akordeonie oraz trzy córki i syn. Wykonują głównie utwory ludowe, wielu z nich nawet nie znam, ale czynią to z takim entuzjazmem, że naprawdę aż miło posłuchać! A już wspomniane wyżej wykonanie „Gore gwiazda Jezusowi” na długo pozostanie mi w pamięci. Strasznie żałuję, że nie nagrałem tej kolędy… Ehhh…

Oba zespoły tworzą ludzie dużego talentu muzycznego, ale także i wielkiego serca, dla tego, czym się zajmują. Promują Polskę najlepiej jak potrafią i z ogromnymi sukcesami, nie dysponując przy tym wielkimi budżetami polskich urzędów centralnych zajmujących się PR naszego kraju. Odstawiają kawał dobrej roboty, nie oczekując nic w zamian! Szczerze mówiąc, to obserwując takich ludzi, to jak codziennie zmagają się z problemami, które dla nas są obce – problemy lokalowe, brak instrumentów, brak środków na kostiumy itd., swoim zaangażowaniem przełamują wszelkie bariery i dowodzą, że Polska nie jest dla nich pustym słowem. Wybaczcie mi, że uderzam w takie tony patriotyczne, ale założę się, że wielu z Was będąc tam na moim miejscu, również zrobiłoby się cieplej na sercu!

3. Teraz słów kilka o przebiegu „mojej” wigilii. 24 grudnia rozpoczął się wcześnie rano, gdy udałem się na miasto w poszukiwaniu prezentów. W ten to sposób tradycji stało się zadość, iż najlepszym dniem na zakupy wigilijne jest Wigilia… (chyba ostatni raz, kiedy przygotowałem się zawczasu, to było podczas pierwszego roku studiów…). Gdy wracałem do Ambasady wpadłem na Olgę i Sławika, którzy rozwozili ostatnie życzenia bożonarodzeniowo-noworoczne oraz zaproszenia na koktajl (o tym później). Pojechaliśmy więc razem do tzw. Sedesu, czyli SDS – Służby Diplomaticzeskowo Serwisa, zajmującej się obsługą misji akredytowanych w Uzbekistanie, by rozmieścić w pigeon holes’ach korespondencję, a następnie do Ambasady. Tam w samo południe Pan Radca złożył wszystkim pracownikom życzenia świąteczne i dzień pracy dla większości się zakończył. Po powrocie do Rezydencji, pod wieczór odbyliśmy z Panią Anią i Panem Radcą wigilijną wieczerze przy 12 potrawach. Nie były to potrawy w pełni tradycyjne, ale to dodało naszej kolacji jedynie oryginalności! Po kolacji odbyło się natomiast wręczenie prezentów, moment, który bardzo ujął mnie za serce.

Po wieczerzy w Rezydencji pojechałem do Ambasady na Wigilię zorganizowaną przez Martę, Remka, Pawła, Jacka, Artura, no i zapewne Julę :) Była kapusta z grzybami, pierogi z kapustą, groch oraz makaron z makiem (moja ulubiona potrawa z lat dziecięcych) :) Najweselszym momentem było przyjście Gwiazdora, a właściwie szybkie podrzucenie prezentów, zainscenizowane specjalnie dla Julki. Przezabawne było, jak mała wpatrywała się w niebo wypatrując sani z reniferami a następnie biegła szybko do pokoju zobaczyć, czy są prezenty pod choinką, po tym jak Paweł stuknął oknem i krzyknął, że Gwiazdor ucieka przez nie! Następnie nastąpiło rozpakowywanie oraz oglądanie prezentów. Julka najbardziej cieszyła się z Kinder Bueno oraz Mentosów tuląc do siebie ich opakowania :D Przed 12 ruszyliśmy do kościoła na pasterkę. Zaskoczyła mnie ilość ludzi, którzy zgromadzili się w kościele. Zawdzięczaliśmy to obecności przedstawicieli korpusu dyplomatycznego oraz prawosławnych Rosjan, których sporo przychodzi popatrzeć na przebieg uroczystości, traktując to jako atrakcję! Część z nich była pod wpływem Wielkiego ETOH-a, a więc nie przymierzając czułem się jak w Słupcy :P Większość Rosjan nie wytrzymała dwugodzinnej Mszy i po pewnym czasie w kościele zrobiło się swobodniej. Nabożeństwo było odprawiane w języku rosyjskim z czytaniami dodatkowo w językach angielskim i koreańskim. Ponadto jeden ustęp z modlitwy wiernych był po polsku.

25 grudnia również spędziłem u Marty i Remka. Dzień zleciał nam opychaniu się pysznościami kuchni polsko-uzbeckiej, w tym pieczonym indykiem, przygotowanym przez Pawła, oraz napojami wysokokalorycznymi w akompaniamencie filmów serwowanych przez polską telewizję. Ot, typowe polskie święta!

4. 30 grudnia odbył się koktajl z okazji zakończenia przez Polskę sprawowania lokalnej prezydencji UE w Uzbekistanie i przekazania przewodnictwa ambasadzie Włoch (w Uzbekistanie nie ma misji dyplomatycznej Hiszpanii).

5. Sylwestrowy wieczór spędziłem na Miron Szocha (pokój kurierski) z Danielem, aplikantem z MSZ. Na powitanie Nowego Roku postanowiliśmy wyruszyć na centralny plac Taszkentu – Mustaqilik Maydoni. Ludzi było co niemiara, aczkolwiek towarzyszyło nam nieodparte wrażenie, że blisko 10-20% wszystkich zgromadzonych stanowili milicjanci. Ponadto na placu stało kilka milicyjnych suk. Jakby na placu miało dojść do ustawki kiboli ;) Szkoda, że zakazano również odpalania fajerwerków w tym roku. Odebrało to trochę kolorytu całemu świętowaniu. Niemniej jednak, jak zawsze przy takiej okazji, można było spotkać wiele pozytywnie zakręconych osób, przebierańców i innych cudaków!

6. Ostatni dzień pobytu w Taszkencie minął mi według następującego programu. W pierwszej kolejności udałem się na bazar – Tyzykowkę, gdzie chciałem kupić radziecki zegarek Omega – przepraszam kuzynie, ale mimo usilnych starań, ponad godzinnych poszukiwań i „rozpytywań na okoliczność” nic z tego nie wyszło.. :/ Następnie korzystając z ładnej pogody umówiliśmy się z Danielem na „zwiedzanie” taszkenckiej wieży telewizyjnej, czyli najwyższej konstrukcji w Azji Centralnej (zaraz po kominie elektrowni w kazachstańskim Jekybastuz) oraz 10. najwyższej wieży (podkreślam: wieży – to ważne w świetle niedawnego otwarcia Burj Dubai) na świecie.



Wjechaliśmy windą na wysokość 220m, skąd roztacza się widok na Taszkent – niestety zakłócony przez zalegający nisko smog oraz przepiękny widok na pobliski masyw tienszański (a dokładnie grzbiet czatkalski)! Z wieży widać naszą Ambasadę, choć dla przyzwoitości muszę przyznać się, iż udało mi się ją zlokalizować dokładnie dopiero na zdjęciu w domu. Wyjście z windy może przysporzyć sporo stresu, albowiem wychodzi się bezpośrednio z trzonu wieży na metalową konstrukcję, która otacza wieżę i od „świata zewnętrznego” dzieli nas jedynie ok.
1,5-metrowej wysokości barierka. Na 110 metrach znajduje się restauracja – urządzona w głębokim Gierku, bardzo klimatyczna, serdecznie polecam! Stoliki w restauracji umieszczone są na pasie transmisyjnym obracającym się wokół osi wieży z częstotliwością 0,00027778 Hz, czyli, jak łatwo obliczyć, o okresie 1 godziny :P W cenie wejścia do restauracji (5000 sum) otrzymuje się skromny poczęstunek (surówka, 4 plasterki mięska oraz bulion). Strasznie się cieszę, że w końcu udało mi się zaliczyć taszkencką wieżę, co obiecywałem sobie przecież od początku mojego pobytu w Taszkencie.

W dalszej kolejności udałem się na pożegnanie do Ambasady a następnie do Akademika i z powrotem do Ambasady. Pożegnania trwały długo (od ok. 14 do 2 w nocy) i intensywnie oraz były połączone z promocją „Moto Syberii” oraz pozbyciem się zimowej czapki w nie do końca jasnych dla mnie okolicznościach – muszę napisać w tej sprawie do Alisha :P W każdym razie pakowanie odbyło się według najlepszych wzorców last minut panic – zawsze skuteczna metoda, a kac dopadł mnie dopiero w Moskwie!

To już praktycznie koniec mojego pobytu w Taszkencie, ale pożegnania odłożę sobie do kolejnego postu… :)


środa, 23 grudnia 2009

...to jest ojców mowa, to nasza historia, której się nie zmieni...



Taszkentczyk chciałby wszystkim Czytelnikom złożyć najserdeczniejsze życzenia Spokojnych, Zdrowych, Wesołych i bez sączącej się z ekranu TV sieczki Świąt Bożego Narodzenia oraz Wszystkiego Dobrego w Nowym Roku!

Nie będę wymyślał - ta scena oddaje wszystko:



niedziela, 20 grudnia 2009

poniedziałek, 30 listopada 2009

„Skaldowie” oraz Buchara


Co tu się dużo rozpisywać? Sam tytuł postu jest przecież jasny… Wszystkiego można się domyślić. Ale jednak pokatuję Was moimi wypocinami…

19 listopada br. z inicjatywy Ambasady odbył się koncert zespołu „Skaldowie” w Taszkencie. Już widzę u niekt
órych z Was te ironiczne uśmieszki na twarzach. O gore Wam, ignoranci! Wiem, co mówię, albowiem sam na wieść o występie dinozaurów polskiej muzyki rozrywkowej miałem cokolwiek mieszane uczucia. Toż to zespół dobry dla mych rodziców, ale ja pewnie na koncercie zniosę jajo. Oczywiście każdy kojarzy „Skaldów”. Nawet jeśli nie potrafi dopasować do nich w danym momencie tytułów piosenek, to znane mu są hity „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”, „Z kopyta kulig rwie” czy „Przemyślenia wiejskiego listonosza”. Jak na przeboje masowej publiczności przystało utwory te są lekkie i przyjemne, wpadające w ucho, ale jednak dość banalne. Nie jest to oczywiście żaden zarzut! Żeby utwór stał się hitem musi mieć w sobie „to coś”, co powoduje, że dobrze się przy nich bawimy. Piosenki, te gdyż już staną się desygnatami predykatu „być przebojem” stają się powszechnie znane i kolejne pokolenia również nucą ich refreny pod nosem. Ja jednak się obawiałem tego, co „Skaldowie” zaprezentują poza swymi utworami, które weszły do kanonu polskiej muzyki rozrywkowej. No i tu wychodzi najbardziej moja indolencja intelektualna (głowę popiołem swą kornie posypuję). Obawiałem się, że poza przebojami „Skaldowie” zaprezentują jeszcze „hity pomniejsze”, czyli banalne utwory, którym nie udało się przebić do masowej wyobraźni… Mea culpa!

Zacznę od tego, że koncert odbywał się w ramach cyklu „Skaldowie na dwa fortepiany” – bardzo dobry pomysł, który nadał muzyce bardziej kameralny charakter. Na fortepianach zagrali Andrzej Zieliński i Stanisław Deja. Na skrzypcach oraz na wokalu zaprezentował się Jacek Zieliński. Dość szybko okazało się (okazało się oczywiście dla mnie), że „Skaldowie” to nie tylko „lampa nad progiem, krzesło i drzwi”, ale również poetyckie teksty podlane naprawdę wzruszającą muzyką. I tak zaczynając od „Jutro odnajdę Ciebie” poprzez „Od wschodu do zachodu słońca” dotarliśmy do „Wierniejsza od marzenia”, kiedy to przez głowę przeszła mi myśl, że muszę zgooglować tę piosenkę a najlepiej odnaleźć na YT. Zapytałem się p. Ani o tytuł i przez cały koncert starałem się zapamiętać. Kilka utworów dalej moja kopara opadła na podłogę zupełnie – „Skaldowie” wykonali balladę rockowo-ludowo-klasyczną ( :P ) „Krywaniu, Krywaniu”. To był, jak dla mnie, kulminacyjny moment koncertu. Oczywiście tylko swojej ignorancji zawdzięczam, że wcześniej nie znałem tego utworu, jak i szerzej twórczości „Skaldów”. Stąd być może i mój zachwyt! W końcu bardzo lubimy być pozytywnie zaskakiwani!! W każdym razie, niech mi ktoś teraz spróbuje „Skaldów” plugawić, to nawiązując do klasyka „impreza bydzie, ale roz…”!!



Na koniec kilka faktów. Koncert trwał ponad półtorej godziny i zgromadził blisko 600 osób!! Był to trzeci koncert grupy w Taszkencie (poprzednie miały miejsce w latach 1968 i 1980). Ze „Skaldami” wystąpiła również taszkencka wiolonczelistka Anna Popowicz, która wcześniej wystąpiła z orkiestrą na naszym przyjęciu z okazji Dnia Niepodległości. Obok „Skaldów” gwiazda występu była mała Julka – córka Marty i Remka z Ambasady, która na scenie odstawiała hołubce w rytm muzyki, wzbudzając rozbawienie publiczności :)

Po koncercie odbyło się przyjęcie, gdzie w luźniejszej atmosferze można było porozmawiać z artystami. Przy tej okazji człowiek może się dowiedzieć czegoś o sobie i to od samego Andrzeja Zielińskiego, np. że przypomina wyglądem Leszka Możdżera (!) :P

* * *

Z okazji koncertu „Skaldów” do Taszkentu dobiła ekipa duszanbińska, czyli Magda i Seba. W piątek przebudziłem się lekko zmechacony po przyjęciu – znak, że łaska Wielkiego ETOH-a, Bóstwa Skorego do Gniewu a nie Bardzo Łaskawego, zstąpiła na mego ducha, aże lichą ziemską mą powłokę rozkoszny ból przeszył… Uzyskawszy na ten dzień dyspensę od praktykanckich obowiązków udałem się na spotkanie z Magdą, by pokazać jej chociaż troszku Taszkent. Zgodnie z ustaleniami kupiliśmy także bilety na pociąg do Buchary, do której ruszyć mieliśmy wieczorem razem z Anią. A w Taszkencie pierestrojka na całego! Ciąg dalszy działań wokół skweru Amira Temura! Wycięto wszystkie drzewa na placu, pozostawiając jedynie Tamerlana po środku. Zdarto nawierzchnię i wkroczyły ZiŁ-y, MAZ-y oraz GAZ-y a wraz z nimi wyspecjalizowane brygady ochotników-robotników! Oprócz tego trwa wyburzanie hotelu „Poytaxt”. A spróbuj człeku pstryknąć zdjęcie koparki wspinającej się mozolnie po stercie gruzu na drugie piętro hotelu albo „nagiego” Timura – zaraz ogóreczki Cię zgwiżdżą i usuwać każą zawartość kart pamięci. Obsesja antyfotograficzna sięgnęła nawet dalej – nie można fotografować nawet monumentalnego niedawno powstałego centrum konferencyjnego, przynajmniej nie wtedy, gdy myte są okna! Dla ułatwienia dodam, że okien nie myje tam sterta bab w pomarańczowych kamizelkach i kwiecistych spódnicach spuszczona na parcianych pasach z dachu budynku, lecz wykwalifikowani profesjonalni robotnicy na nowoczesnych podnośnikach! Nie ma więc powodu do wstydu! Wsjo taki nie lzja fotografirować!

Wieczorem, tuż przed odjazdem pociągu, odwiedziliśmy „Elvisa”. Przy tej okazji pozdrowienia od Rudika dla Martyny i Olgi oraz prośba do wszystkich, którzy wybierają się do Taszkentu o przywiezienie Rudikowi polskiej flagi :)

W pociągu mieliśmy bilety na wagon płackartny. Co ciekawe w składach uzbeckich, liczących ok. 20 wagonów, jadzie jedynie 3-5 wagonów płackartnych, reszta to kupiejne + restauracyjny. Wieczór spędziliśmy w restauracyjnym oglądając, a jakże by inaczej: „Motosyberię”. Chcę przy tej okazji zaznaczyć, że nikt mi nie płaci za promowanie tego filmu ;) a szkoda… :P Po prostu uważam ten film za jedną z najlepszych podróżniczych relacji video, jakie było mi dane w życiu obejrzeć! Trzeba szerzyć dobre wzorce! …czy nie?

Do Buchary dotarliśmy bladym świtem, korzystając z uprzejmości poznanego w pociągu mężczyzny, udaliśmy się do centrum na plac Lyabi-Hauz i stamtąd do przytulnego hoteliku. Po krótkim czasie przybył wraz z kolegą Ikrom, chłopak poznany w pociągu. Ich przyjaciel żenił się tego dnia i zgodnie z tradycją wszyscy mężczyźni
zaproszeni na wesele spotykają się rano na płowie. Chłopaki postanowili przywieźć nam półmisek bucharskiego płowu. Ja tam lubię wszystkie odmiany tego dania, więc smakowała mi i bucharska! Następnie wybraliśmy się na spacer po starym mieście. Nie chce mi się po raz kolejny rozpisywać o zabytkach Buchary, które są porażające a o których już przecież pisałem troszkę. Grunt, że udało mi się zrobić zdjęcie Łady Żiguli Pjatorki oraz spotkać sprzedawcę od czapek afgańskich (pamiętasz Sokół? ;) ) :P Dziewczyny planowały oczywiście la grande shopping pamiątek, ale nie taki diabeł straszny i jakoś nie wymęczyło mnie to zbytnio. Późnym popołudniem wylądowaliśmy pod wieżą ciśnień na przeciwko Pałacu Emira Buchary i po raz kolejny miałem okazję przełamać swój lęk wysokości i wdrapać się na 30-metrową, niebudzącą zaufania radziecką konstrukcję. Że było warto, chyba mówić nie muszę ;) Wieczorem mieliśmy udać się z Ikromem na ślub jego kolegi, ale jakoś ostatecznie plan ten nie wypalił… Za to spotkaliśmy się ze… Skaldami, którzy w międzyczasie przybyli do Buchary w ramach pokoncertowego zwiedzania Uzbekistanu.



Kolejnego dnia ruszyliśmy na północ Uzbekistanu n
ad jezioro Ajdar-Kul. Nie zrobiło ono niestety takiego wrażenia, jak się spodziewałem. Jest to w końcu spory zbiornik, ale chyba pora roku nie była najlepsza oraz nasz kierowca wybrał kiepskie miejsce. Następnie ruszyliśmy do Nuraty. Miasto warte zobaczenia ze względu na prowincjonalny charakter oraz swe zabytki. Jest tam bowiem meczet z X wieku, ruiny fortecy założonej jeszcze przez Aleksandra Macedońskiego, a także źródło wody mineralnej, zamieszkałe przez setki ryb, których miejscowi nie jedzą, przekonani o ich świętości. Nadto jest muzeum, które warto zobaczyć. Nam udała się ta sztuka za darmo, bo kustosz powiedział, że Polacy rzadko tu docierają. Z całego muzeum najciekawszy był „uzbecki Pampers”. Dzień wcześniej widziałem na bazarze w Bucharze drewniane rurki przypominające fajki. Zaciekawiły mnie one na tyle, że nawet zacząłem się im bliżej przyglądać i zastanawiać, jak pali się w nich tytoń. Dobrze, że nie widział tego sprzedawca ani żaden lokales, bo zostałbym wyśmiany na czym świat stoi (diabli wiedzą, może zostałem :P ) Okazuje się, że fajkę nakłada lub przykłada się (w zależności od płci) leżącemu dziecku na „końcówkę” i wyprowadza poza obręb kołyski. W ten sposób dziecko może oddawać mocz, nie brudząc ubranka. Przynajmniej tyle teoria… Taaaak, nawet w takiej Nuracie można człowieka czymś zaskoczyć! ;)



W drodze powrotnej do Buchary, odwiedziliśmy jeszcze Pałac Letni Emira Buchary. Malownicze miejsce, ale strasznie zaniedbane i splądrowane. Większość wyposażenia komnat została rozebrana przez uzbeckich oficjeli (wedle słów miejscowych) i stoi teraz w ich rezydencjach. Bieda, jak rzekł minister Sikorski do Schetyny :P Po
nadto udało nam się zobaczyć dwa półdzikie wielbłądy, które miejscowi starają się oswoić…

* * *

Z wydarzeń ubiegłego tygodnia należy wspomnieć wizytę kilku delegacji z kraju. Jako że ja nie byłem w to w żaden sposób zaangażowany, to nie
będę się o nich rozpisywał. Wybraliśmy się z Anią do Teatru „Ilhom” na „Oresteję”. Sztuka, choć antyczna, jak przystało na „Ilhom” nie była wystawiana klasycznie. Mimo iż mój rosyjski pozwalał mi rozumieć jedynie piąte przez dziesiąte albo i mniej, to i tak bardzo mi się podobało. Zachwycałem się formą, przedkładając ją nad treść! ;)

W zeszłym tygodniu miała także miejsce w Ambasadzie uroczystość wręczenia Kart Polaka 11 obywatelom Uzbekistanu.

Natomiast w piątek miałem wielką przyjemność podjąć próbę sprostania ciekawemu wyzwaniu. Mianowicie, jak już wspominałem, Ambasada RP
w Taszkencie sprawuje lokalną prezydencję unijną, przez wzgląd na brak placówki szwedzkiej. W związku z tym odbywają się cykliczne posiedzenia szefów misji, konsulów, radców handlowych i administratorów. Na piątek zostało zaplanowane spotkanie konsularne i Pani Konsul poprosiła mnie poprowadzenie tego posiedzenia! Nie powiem żebym się nie denerwował, głównie ze względu na brak pełnego rozeznania w miejscowych kwestiach konsularnych, ale chyba całość poszła nienajgorzej :) Heheh takim to sposobem tow.jablona przewodniczył konsulom UE w Taszkencie!! Przez półtorej godziny i jedynie de facto, ale… ale! :D

* * *

I jeszcze dwie impresje z Buchary:







sobota, 14 listopada 2009

Święto Niepodległości na obczyźnie


Zawsze byłem ciekawy, jak też wyglądają obchody świąt narodowych daleko od kraju. Kto przychodzi na organizowane przyjęcia? Jaki panuje nastrój itd.? Na szczęście było mi dane przyjrzeć się temu od kuchni.

W niedzielę bezpośrednio poprzedzającą dzień 11 listopada w kościele katolickim, zwanym bardzo często polskim kościołem, a o którym pisałem już co nieco w poście z lutego, odbyła się zamówiona przez Ambasadę msza św. za Ojczyznę. Wszyscy katoliccy księża w Uzbekistanie to Polacy – franciszkanie. Polakiem jest także biskup. Z tego też tytułu msza odbyła się po polsku. Kościół był pełen wiernych – licznie przybyła Polonia oraz oczywiście reprezentacja Ambasady, a także Polacy, którzy z okazji różnych innych zadań przebywają w Taszkencie. Nie omieszkał z nutką ironii zauważyć tego proboszcz, stwierdzając, że szkoda, iż mszy za Ojczyznę nie ma w każdym miesiącu, bo miałby wtedy pełną świątynię wiernych ;) Przed rozpoczęciem nabożeństwa proboszcz werbował parafian do aktywnego udziału w mszy i takim obrazem Marta i Remek czytali I i II czytanie, natomiast ja wystąpiłem z modlitwą wiernych. Od niepamiętnych czasów nie „występowałem” w kościele – chyba ostatni raz miało to miejsce w podstawówce, więc lekki stresie był :P , ale wszystko poszło chyba dobrze ;) Przynajmniej zebrałem pochwalne recenzje :P Podczas samej mszy spostrzegłem kilka elementów liturgii różnych od tych znanych mi w Polsce. Po pierwsze, podczas podniesienia mało kto klęka – zdecydowana ludzi stoi z pochylonymi głowami. Po drugie, spośród osób idących do komunii wielu nie przyjmuje komunikatów, lecz ogranicza się do przyjęcia błogosławieństwa. Po trzecie, podczas błogosławieństwa kończącego mszę praktycznie nikt się nie żegna na słowa kapłana „Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący, Ojciec i Syn i Duch Święty”. Ot, co kraj, to i obyczaj, choć Kościół Powszechny…

11 listopada to dzień wolny od pracy w Polsce. To samo dotyczy oczywiście polskich misji dyplomatycznych. Ścisły sztab ;) musiał jednak udać się do Ambasady celem dopracowania przemówienia okolicznościowego, które miało być wygłoszone podczas przyjęcia. Sama uroczystość odbyła się w hotelu InterContinental. Jako gospodarze przyjechaliśmy około godziny przed czasem, żeby dopilnować ostatnich przygotowań. Sala była spora – naprzeciw drzwi wejściowych znajdował się długi stół z owocami i słodkościami. W dalszej kolejności stał piękny bukiet kwiatów w barwach narodowych, mikrofony i flagi: uzbecka, polska i europejska. Za nimi znajdowała się scena, na której rozstawili się muzycy. Przy scenie znajdowały się dwa okrągłe stoliki: dla zaproszonych ambasadorów i oddzielnie dla żon. Z drugiej strony stał ekran, na którym wyświetlano cykl fotografii „Polska w obrazach”. Przy bocznych ścianach znajdowały się dwa długie stoły, na których wyłożone zostało jadło, w tym przygotowany przez Polonię bigos :) Z obu stron drzwi wejściowych zlokalizowano barki z napojami.

Gdy zbliżała się oficjalna godzina rozpoczęcia przyjęcia: Radca wraz z małżonką i niedawno przybyłym attaché wojskowym ustawili się przy drzwiach do witania gości, którzy gromadzili się już przed salą, by zgodnie z zasadami z lekkim opóźnieniem rozpocząć wchodzenie. Ja wraz z Anią (aplikantką) staliśmy z tyłu i odbieraliśmy kwiaty. Po wejściu wszystkich gości, nastąpił czas oczekiwania na przyjście gościa głównego, którym był wiceminister z Ministerstwa Zagranicznych Relacji Gospodarczych, Inwestycji i Handlu. Po jego przyjściu, nastąpiło oficjalne otwarcie przyjęcia. Radca wraz z Gościem ustawili się przy scenie pod flagami. Zostały odegrane hymn polski i uzbecki a następnie pan Radca wygłosił przemówienie. Rozpoczęło się przyjęcie właściwe ;)

Moje doświadczenia z przyjęciami są prawie żadne, bo poza COP-owskim bankietem otwarcia w zeszłym roku nie byłem na żadnym innym, jednak mogę powiedzieć, że ta uroczystość była bardzo udana. Było dużo gości, ponoć więcej niż u Czechów, którzy mieli swoje święto jakieś dwa tygodnie przed nami, a z którymi przecież z taką lubością rywalizujemy o wszystko, zawsze i wszędzie ;) Oprawa muzyczna był chyba jedną z najmocniejszych stron przyjęcia – zespół na scenie składał się z profesjonalistów – muzyków, co się zowią, wykonujących szlagiery światowej muzyki. Przy czym dobór utworów był bardzo dobry – nie absorbowały w sposób nadmierny uwagi, a miło wpadały w ucho. Najlepiej ubrany na całym przyjęciu był nasz attaché, który nie miał zwykłego munduru galowego, lecz coś w rodzaju czarnego frako-munduru z błękitną kamizelką, białą koszulą i czarną muszką – kapitalnie to wyglądało. Przyjęcie, jak to dyplomatyczne przyjęcia nie trwało szczególnie długo, choć najwytrwalsi przekroczyli niepisaną zasadę, iż nie należy pozostawać dłużej niż dwie godziny – niechybny znak, że się podobało :)

I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem a com widział i słyszał na blogu zamieściłem…

Dziś natomiast odbył się w kościele Festiwal Piosenki Polskiej "Polskie Szlagiery XX w." Koncert zorganizowała Polskie Centrum Kultury "Świetlica Polska". Cała impreza miała spory rozmach i wzięli w niej udział muzycy z różnych innych centrów narodowych. Poziom wokalny był dużo lepszy niż się spodziewałem. Przybyło również wielu widzów, którzy szczelnie zapełnili "kościół dolny". Fajnie było zobaczyć i usłyszeć, jak nie-Polacy wykonują polskie hity z repertuaru Połomskiego czy Rodowicz :) BTW, w następny weekend mamy koncert Skaldów :D Oczywiście się wybieram!! :D

Zresztą oceńcie sami:







* * *

BTW. Od dawna zabierałem się do obejrzenia filmu K. Zanussiego „Persona non grata”, jak zresztą do dziesiątków innych filmów, na co brakuje po prostu czasu. Okazało się jednak, że film ten ma pan Radca i pewnego wieczora przysiedliśmy do niego. Świetny film, zarówno od strony fabuły, jak i gry aktorskiej (Zapasiewicz, Stuhr, Michałkow, Chyra – to chyba sporo tłumaczy) czy muzyki. Poza tym gratka dla każdego, kto miał okazję przyjrzeć się z bliska funkcjonowaniu placówki dyplomatycznej – można zobaczyć sporo sytuacji znanych z rzeczywistości lub do niej podobnych. Polecam obejrzeć ten film!

BTW od BTW. Pan Radca kupił w tym tygodniu arcyciekawą książkę (i to nie w jakimś kiosku, lecz jednej z lepszych księgarń Taszkentu) pt. „Polska – «pies łańcuchowy» Zachodu”. Pierwszy rozdział: „Narodziny Szakala”. Ostatnie dwa wieczory urozmaicaliśmy sobie czytaniem na głos rozdziału o okresie rewolucji i Międzywojnia. Śmiechu było co nie miara. Autor wszędzie widzi robotę polskich szpiegów. Korpus Polski gen. Dowbór-Muśnickiego to zakonspirowana polska armia, która została utworzona tylko po to, by sabotować zmagania carskiej armii i przy najbliższej okazji wbić nóż w plecy Rosjanom. Najlepszy jest jednak fragment, w którym autor próbuje przemycić myśl, iż CzeKa (Czriezwyczajnaja Komissija po Borbie s Kontrriewolucyjej i Sabotażom), poprzedniczka GPU, OGPU, NKWD i KGB) była niejako agenturą POW (Polska Organizacja Wojskowa), służącą w ogromnej mierze infiltracji radzieckich władz i społeczeństwa, dywersji na terenie Kraju Rad oraz przygotowywaniu polskiej interwencji zbrojnej skierowanej przeciwko ojczyźnie proletariatu. Nie możemy wszak zapominać, że na czele Czerezzwyczajki stał najpierw Feliks Edmundowicz Dzierżyński a po nim Wiaczesław Rudolfowicz Mienżynski – obaj byli polskim szlachcicami! Najsprawniejszym agentem POW w ZSRR był jednak Józef Stanisławowicz Unszlicht (znany z Polrewkomu). Inne asy polskiego wywiadu to Michał Karłowicz Lewandowski (zdobywca Azerbejdżanu) czy niejaki Łągwa (nie z Ich Troje :P ). Najlepszą przykrywką dla polskiego wywiadu miała być oczywiście KPP (Komunistyczna Partia Polski)! Każdy, kto ma trochę oleju w głowie i wie czym była CzeKa, jakimi ludźmi był Dzierżyński i jego kompani oraz czemu służyła KPP, nie wymyśliłby takiej bzdury, no chyba że w jakimś antypolskim zaślepieniu. Czytając to wszystko trudno opanować się od śmiechu, ale po czasie przychodzi refleksja – zapewne wielu czytelników tego quasi-naukowego dzieła weźmie przedstawione w nim informacje za prawdziwe i uzupełniając swoją wiedzę o Polsce w oparciu o inne podobne jemu paszkwile, o które przecież wcale nie trudno na rosyjskim rynku wydawniczym, w rosyjskiej prasie, telewizji czy Internecie, zacznie myśleć o naszym kraju i jego mieszkańcach, jak o śmiertelnym i istniejącym od zarania dziejów zagrożeniu.
A z zagrożeniami trzeba walczyć. Tak rodzi się szowinizm narodowy…