Pokaż Taszkentczyk na większej mapie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uzbekistan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uzbekistan. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 listopada 2009

„Skaldowie” oraz Buchara


Co tu się dużo rozpisywać? Sam tytuł postu jest przecież jasny… Wszystkiego można się domyślić. Ale jednak pokatuję Was moimi wypocinami…

19 listopada br. z inicjatywy Ambasady odbył się koncert zespołu „Skaldowie” w Taszkencie. Już widzę u niekt
órych z Was te ironiczne uśmieszki na twarzach. O gore Wam, ignoranci! Wiem, co mówię, albowiem sam na wieść o występie dinozaurów polskiej muzyki rozrywkowej miałem cokolwiek mieszane uczucia. Toż to zespół dobry dla mych rodziców, ale ja pewnie na koncercie zniosę jajo. Oczywiście każdy kojarzy „Skaldów”. Nawet jeśli nie potrafi dopasować do nich w danym momencie tytułów piosenek, to znane mu są hity „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”, „Z kopyta kulig rwie” czy „Przemyślenia wiejskiego listonosza”. Jak na przeboje masowej publiczności przystało utwory te są lekkie i przyjemne, wpadające w ucho, ale jednak dość banalne. Nie jest to oczywiście żaden zarzut! Żeby utwór stał się hitem musi mieć w sobie „to coś”, co powoduje, że dobrze się przy nich bawimy. Piosenki, te gdyż już staną się desygnatami predykatu „być przebojem” stają się powszechnie znane i kolejne pokolenia również nucą ich refreny pod nosem. Ja jednak się obawiałem tego, co „Skaldowie” zaprezentują poza swymi utworami, które weszły do kanonu polskiej muzyki rozrywkowej. No i tu wychodzi najbardziej moja indolencja intelektualna (głowę popiołem swą kornie posypuję). Obawiałem się, że poza przebojami „Skaldowie” zaprezentują jeszcze „hity pomniejsze”, czyli banalne utwory, którym nie udało się przebić do masowej wyobraźni… Mea culpa!

Zacznę od tego, że koncert odbywał się w ramach cyklu „Skaldowie na dwa fortepiany” – bardzo dobry pomysł, który nadał muzyce bardziej kameralny charakter. Na fortepianach zagrali Andrzej Zieliński i Stanisław Deja. Na skrzypcach oraz na wokalu zaprezentował się Jacek Zieliński. Dość szybko okazało się (okazało się oczywiście dla mnie), że „Skaldowie” to nie tylko „lampa nad progiem, krzesło i drzwi”, ale również poetyckie teksty podlane naprawdę wzruszającą muzyką. I tak zaczynając od „Jutro odnajdę Ciebie” poprzez „Od wschodu do zachodu słońca” dotarliśmy do „Wierniejsza od marzenia”, kiedy to przez głowę przeszła mi myśl, że muszę zgooglować tę piosenkę a najlepiej odnaleźć na YT. Zapytałem się p. Ani o tytuł i przez cały koncert starałem się zapamiętać. Kilka utworów dalej moja kopara opadła na podłogę zupełnie – „Skaldowie” wykonali balladę rockowo-ludowo-klasyczną ( :P ) „Krywaniu, Krywaniu”. To był, jak dla mnie, kulminacyjny moment koncertu. Oczywiście tylko swojej ignorancji zawdzięczam, że wcześniej nie znałem tego utworu, jak i szerzej twórczości „Skaldów”. Stąd być może i mój zachwyt! W końcu bardzo lubimy być pozytywnie zaskakiwani!! W każdym razie, niech mi ktoś teraz spróbuje „Skaldów” plugawić, to nawiązując do klasyka „impreza bydzie, ale roz…”!!



Na koniec kilka faktów. Koncert trwał ponad półtorej godziny i zgromadził blisko 600 osób!! Był to trzeci koncert grupy w Taszkencie (poprzednie miały miejsce w latach 1968 i 1980). Ze „Skaldami” wystąpiła również taszkencka wiolonczelistka Anna Popowicz, która wcześniej wystąpiła z orkiestrą na naszym przyjęciu z okazji Dnia Niepodległości. Obok „Skaldów” gwiazda występu była mała Julka – córka Marty i Remka z Ambasady, która na scenie odstawiała hołubce w rytm muzyki, wzbudzając rozbawienie publiczności :)

Po koncercie odbyło się przyjęcie, gdzie w luźniejszej atmosferze można było porozmawiać z artystami. Przy tej okazji człowiek może się dowiedzieć czegoś o sobie i to od samego Andrzeja Zielińskiego, np. że przypomina wyglądem Leszka Możdżera (!) :P

* * *

Z okazji koncertu „Skaldów” do Taszkentu dobiła ekipa duszanbińska, czyli Magda i Seba. W piątek przebudziłem się lekko zmechacony po przyjęciu – znak, że łaska Wielkiego ETOH-a, Bóstwa Skorego do Gniewu a nie Bardzo Łaskawego, zstąpiła na mego ducha, aże lichą ziemską mą powłokę rozkoszny ból przeszył… Uzyskawszy na ten dzień dyspensę od praktykanckich obowiązków udałem się na spotkanie z Magdą, by pokazać jej chociaż troszku Taszkent. Zgodnie z ustaleniami kupiliśmy także bilety na pociąg do Buchary, do której ruszyć mieliśmy wieczorem razem z Anią. A w Taszkencie pierestrojka na całego! Ciąg dalszy działań wokół skweru Amira Temura! Wycięto wszystkie drzewa na placu, pozostawiając jedynie Tamerlana po środku. Zdarto nawierzchnię i wkroczyły ZiŁ-y, MAZ-y oraz GAZ-y a wraz z nimi wyspecjalizowane brygady ochotników-robotników! Oprócz tego trwa wyburzanie hotelu „Poytaxt”. A spróbuj człeku pstryknąć zdjęcie koparki wspinającej się mozolnie po stercie gruzu na drugie piętro hotelu albo „nagiego” Timura – zaraz ogóreczki Cię zgwiżdżą i usuwać każą zawartość kart pamięci. Obsesja antyfotograficzna sięgnęła nawet dalej – nie można fotografować nawet monumentalnego niedawno powstałego centrum konferencyjnego, przynajmniej nie wtedy, gdy myte są okna! Dla ułatwienia dodam, że okien nie myje tam sterta bab w pomarańczowych kamizelkach i kwiecistych spódnicach spuszczona na parcianych pasach z dachu budynku, lecz wykwalifikowani profesjonalni robotnicy na nowoczesnych podnośnikach! Nie ma więc powodu do wstydu! Wsjo taki nie lzja fotografirować!

Wieczorem, tuż przed odjazdem pociągu, odwiedziliśmy „Elvisa”. Przy tej okazji pozdrowienia od Rudika dla Martyny i Olgi oraz prośba do wszystkich, którzy wybierają się do Taszkentu o przywiezienie Rudikowi polskiej flagi :)

W pociągu mieliśmy bilety na wagon płackartny. Co ciekawe w składach uzbeckich, liczących ok. 20 wagonów, jadzie jedynie 3-5 wagonów płackartnych, reszta to kupiejne + restauracyjny. Wieczór spędziliśmy w restauracyjnym oglądając, a jakże by inaczej: „Motosyberię”. Chcę przy tej okazji zaznaczyć, że nikt mi nie płaci za promowanie tego filmu ;) a szkoda… :P Po prostu uważam ten film za jedną z najlepszych podróżniczych relacji video, jakie było mi dane w życiu obejrzeć! Trzeba szerzyć dobre wzorce! …czy nie?

Do Buchary dotarliśmy bladym świtem, korzystając z uprzejmości poznanego w pociągu mężczyzny, udaliśmy się do centrum na plac Lyabi-Hauz i stamtąd do przytulnego hoteliku. Po krótkim czasie przybył wraz z kolegą Ikrom, chłopak poznany w pociągu. Ich przyjaciel żenił się tego dnia i zgodnie z tradycją wszyscy mężczyźni
zaproszeni na wesele spotykają się rano na płowie. Chłopaki postanowili przywieźć nam półmisek bucharskiego płowu. Ja tam lubię wszystkie odmiany tego dania, więc smakowała mi i bucharska! Następnie wybraliśmy się na spacer po starym mieście. Nie chce mi się po raz kolejny rozpisywać o zabytkach Buchary, które są porażające a o których już przecież pisałem troszkę. Grunt, że udało mi się zrobić zdjęcie Łady Żiguli Pjatorki oraz spotkać sprzedawcę od czapek afgańskich (pamiętasz Sokół? ;) ) :P Dziewczyny planowały oczywiście la grande shopping pamiątek, ale nie taki diabeł straszny i jakoś nie wymęczyło mnie to zbytnio. Późnym popołudniem wylądowaliśmy pod wieżą ciśnień na przeciwko Pałacu Emira Buchary i po raz kolejny miałem okazję przełamać swój lęk wysokości i wdrapać się na 30-metrową, niebudzącą zaufania radziecką konstrukcję. Że było warto, chyba mówić nie muszę ;) Wieczorem mieliśmy udać się z Ikromem na ślub jego kolegi, ale jakoś ostatecznie plan ten nie wypalił… Za to spotkaliśmy się ze… Skaldami, którzy w międzyczasie przybyli do Buchary w ramach pokoncertowego zwiedzania Uzbekistanu.



Kolejnego dnia ruszyliśmy na północ Uzbekistanu n
ad jezioro Ajdar-Kul. Nie zrobiło ono niestety takiego wrażenia, jak się spodziewałem. Jest to w końcu spory zbiornik, ale chyba pora roku nie była najlepsza oraz nasz kierowca wybrał kiepskie miejsce. Następnie ruszyliśmy do Nuraty. Miasto warte zobaczenia ze względu na prowincjonalny charakter oraz swe zabytki. Jest tam bowiem meczet z X wieku, ruiny fortecy założonej jeszcze przez Aleksandra Macedońskiego, a także źródło wody mineralnej, zamieszkałe przez setki ryb, których miejscowi nie jedzą, przekonani o ich świętości. Nadto jest muzeum, które warto zobaczyć. Nam udała się ta sztuka za darmo, bo kustosz powiedział, że Polacy rzadko tu docierają. Z całego muzeum najciekawszy był „uzbecki Pampers”. Dzień wcześniej widziałem na bazarze w Bucharze drewniane rurki przypominające fajki. Zaciekawiły mnie one na tyle, że nawet zacząłem się im bliżej przyglądać i zastanawiać, jak pali się w nich tytoń. Dobrze, że nie widział tego sprzedawca ani żaden lokales, bo zostałbym wyśmiany na czym świat stoi (diabli wiedzą, może zostałem :P ) Okazuje się, że fajkę nakłada lub przykłada się (w zależności od płci) leżącemu dziecku na „końcówkę” i wyprowadza poza obręb kołyski. W ten sposób dziecko może oddawać mocz, nie brudząc ubranka. Przynajmniej tyle teoria… Taaaak, nawet w takiej Nuracie można człowieka czymś zaskoczyć! ;)



W drodze powrotnej do Buchary, odwiedziliśmy jeszcze Pałac Letni Emira Buchary. Malownicze miejsce, ale strasznie zaniedbane i splądrowane. Większość wyposażenia komnat została rozebrana przez uzbeckich oficjeli (wedle słów miejscowych) i stoi teraz w ich rezydencjach. Bieda, jak rzekł minister Sikorski do Schetyny :P Po
nadto udało nam się zobaczyć dwa półdzikie wielbłądy, które miejscowi starają się oswoić…

* * *

Z wydarzeń ubiegłego tygodnia należy wspomnieć wizytę kilku delegacji z kraju. Jako że ja nie byłem w to w żaden sposób zaangażowany, to nie
będę się o nich rozpisywał. Wybraliśmy się z Anią do Teatru „Ilhom” na „Oresteję”. Sztuka, choć antyczna, jak przystało na „Ilhom” nie była wystawiana klasycznie. Mimo iż mój rosyjski pozwalał mi rozumieć jedynie piąte przez dziesiąte albo i mniej, to i tak bardzo mi się podobało. Zachwycałem się formą, przedkładając ją nad treść! ;)

W zeszłym tygodniu miała także miejsce w Ambasadzie uroczystość wręczenia Kart Polaka 11 obywatelom Uzbekistanu.

Natomiast w piątek miałem wielką przyjemność podjąć próbę sprostania ciekawemu wyzwaniu. Mianowicie, jak już wspominałem, Ambasada RP
w Taszkencie sprawuje lokalną prezydencję unijną, przez wzgląd na brak placówki szwedzkiej. W związku z tym odbywają się cykliczne posiedzenia szefów misji, konsulów, radców handlowych i administratorów. Na piątek zostało zaplanowane spotkanie konsularne i Pani Konsul poprosiła mnie poprowadzenie tego posiedzenia! Nie powiem żebym się nie denerwował, głównie ze względu na brak pełnego rozeznania w miejscowych kwestiach konsularnych, ale chyba całość poszła nienajgorzej :) Heheh takim to sposobem tow.jablona przewodniczył konsulom UE w Taszkencie!! Przez półtorej godziny i jedynie de facto, ale… ale! :D

* * *

I jeszcze dwie impresje z Buchary:







niedziela, 25 października 2009

Polska złota jesień…


No to jutro mijają dwa tygodnie
mojego pobytu w Taszkencie. :) Bardzo szybko zeszło… Za szybko… Aż strach się bać, że pozostały czas również może zlecieć tak prędko…

To chyba wynik tego, że w pracy tutaj sporo czasu spędzam a poza tym, jak człowiek szczęśliwy, to czas mu błyskawicznie leci… Tak – świetnie jest być znów w Taszkencie… Już samo to nastraja człowieka optymistycznie do życia a jak do tego dodamy fajną atmosferę w pracy, świetne warunki życia oraz rewelacyjną pogodę na zewnątrz, to czego chcieć od życia więcej – no może imprez troszku brakuje… ;)

Ale po kolei – o praktyce w ambasadzie nie będę się rozpisywać, bo będąc na służbie Najjaśniejszej obwiązuje mnie tajemnica ;) To oczywiście żart, bo jako student nie jestem przecież dopuszczany do żadnych sekretów. Moje „stanowisko”, to asystent szefa placówki. Radca jest wymagający i surowy w ocenie dokonań podwładnych, ale nie przeszkadza mi to – wręcz przeciwnie :) W pracy dużo przebywam – od rana do 5 popołudniu lub nawet dłużej. Poza tym często zdarza się zabierać robotę do rezydencji, gdzie jeszcze, w luźniejszej atmosferze, pracujemy po godzinach. Ponadto zdarza się pracować w weekend. Dotychczas były dwa weekendy i w każdy spędziłem jeden dzień w ambasadzie. Niestety zadań nie mam tak dużo, jak myślałem i jakbym chciał… Czasami po prostu się nudzę – przynajmniej moje przygotowania do magisterki o Karabachu ruszyły żwawiej, bo w wolnych chwilach opracowuję sobie zabrane z domu materiały ;) Moje zadania sprowadzają się do pisania clarisów, czyli robienia tzw. prasówki na potrzeby MSZ. Poza tym wyszukuję potrzebnych info w sieci oraz notuję to, co szef każe… Mieszkam wraz z szefem i jego żoną w rezydencji. Warunki są wyśmienite a poza tym atmosfera w domu jest bardzo fajna. Niemniej jednak jutro zmieniam lokal na okres jednego tygodnia – będę mieszkał sam w mieszkaniu wynajmowanym przez ambasadę. Następnie, w związku z przylotem aplikantki na staż, wracam do rezydencji. Wot, takije roszady…

Jest spora szansa, że 1 listopada pojadę do Tadżykistanu w związku z toczącymi się tam rozmowami między delegacją polskiego MSZ a MSZ Tadżykistanu. Nie żebym w nich uczestniczył… nawet w charakterze asystenta radcy ;) Jadę bardziej dla towarzystwa i dzięki uprzejmości radcy. Cieszę się, bo będę miał czas pozwiedzać sobie dokładniej Duszanbe a może i coś w okolicach ;) Po drodze przewidziane jest zwiedzanie polskich cmentarzy w Szachrisabz i Guzarze – są one pokłosiem ewakuacji Armii Polskiej gen. Andersa z ZSRR. W drodze powrotnej przewidziano zaś spotkanie z Polonią w Samarkandzie. Strasznie jestem ciekaw tych spotkań. Bowiem podczas dotychczasowych wyjazdów do b. ZSRR nie udało mi się spotkać wielu osiadłych tam Polaków (no może poza Lwowem i jednym przypadkiem w Karabachu oraz Taszkencie). A tutaj taka gratka – możliwość spotkania z Polakami świadomymi swej narodowości, zrzeszonymi nawet w organizacje :) A propos organizacji polonijnych… Jak mówi pagaworka – „gdzie dwóch Polaków, tam trzy partie” – w Uzbekistanie działa pięć organizacji polonijnych, które oczywiście nie żyją ze sobą w najlepszych stosunkach ;) To jest chyba najlepszy dowód, że organizacje skupiają najprawdziwszych Polaków :P BTW trwają starania o powołanie organizacji polonijnej w Tadżykistanie – ciekawe ile czasu mienie zanim pojawi się „opozycja” dla niej ;)

Pogoda tutaj jest wprost rewelacyjna – typowa polska złota jesień. Słoneczko grzeje, na niebie ni jednej chmurki, a zielony Taszkent nabiera złoto-czerwonych barw!! Szczególnie to raduje, jak człowiek widzi w TV, że w PL atak zimy – kraj sparaliżowany a kilka tysięcy gospodarstw jeszcze kilka dni po ataku pozostawało odciętych od energii elektrycznej… A tutaj z prądem problemów nie ma!! No może poza paroma króciutkimi blackout’ami. I gdzie jest Trzeci Świat? :P


Aha: Gulnara zakończyła budowę swego monumentalnego „pałacu”. Oto efekt:


środa, 26 sierpnia 2009

Uzbekistan, czyli Taszkentczyk wraca do domu


Uzbekistan przywitał nas ostrym trzepandem na granicy. Odprawa szła bardzo wolno, gdyż każdy samochód przechodził szczegółową kontrolę. Polegała ona na wytaszczeniu wszystkiego z auta i poddaniu prześwietleniu falami rentgenowskim, wpuszczeniu psa poszukującego narkotyków do wnętrza pojazdu oraz dokładnej rewizji maszyny przez pograniczników. W przypadku obywateli tadżyckich kontrola była poszerzona o odkręcanie po kolei wszystkich kół oraz foteli celem ich prześwietlenia (sic!). Niestety przed nami na granicę wjechał jeden pojazd na tadżyckich numerach, co istotnie wydłużyło czas naszego oczekiwania. Gdy przyszła nasza pora, troszkę się obawialiśmy, iż celnicy każą nam poodkręcać koła i też będzie mega-trzepando. Na szczęście takie „przyjemności” oferowano jedynie Tadżykom. Nam polecono „tylko” wynieść wszystkie graty – a było tego mnóstwo oraz wpuszczono owczarka niemieckiego do wnętrza auta. Podejrzenia celników wzbudziła oczywiście ziemia i krowie odchody, ale dali się przekonać, że nie zawiera ona nic podejrzanego, oraz małe pojemniki, w które zbieraliśmy owady (aaa! Bo oprócz ziemi zbieraliśmy także owady i pająki). Ostatecznie po prawie godzinnej rewizji wyruszyliśmy w stronę Taszkentu.

Sam wjazd do miasta wzbudził we mnie spore emocje, gdyż wjeżdżaliśmy od strony ulicy Fergona, którą poznałem po jadącym tramwaju nr 13 oraz autobusie nr 93! Fergona to ulica, której odcinek „dolny” przemierzałem setki razy na trasie akademik – centrum miasta. I rzeczywiście po chwili znaleźliśmy się w dobrze mi znanej okolicy: Risowyj bazar, więzienie dla kobiet, no i oczywiście widoczny z pewnego oddalenia mój akademik! Pierwsze kroki skierowaliśmy do ambasady kazachskiej, gdzie Sokoły potrzebowały wyrobić wizę tranzytową na drogę do Polski. Następnie ruszyliśmy w poszukiwaniu taniego miejsca noclegowego. Zeszło nam na tym sporo czasu. Okazało się, że z tanich noclegowni wolne pokoje są jedynie w słynnej Hadrze. Słynnej, bo uchodzącej za największą norę w Taszkencie. W rzeczywistości pokoje nie są takie złe, natomiast łazienki pozostawiają sporo do życzenia, o obsłudze już nie wspominając! Praktycznie „na dzień dobry” pokłóciłem się z dyżurną, która sprawiała wrażenie, jakby pracę w hotelu odbywała w ramach jakiegoś wyroku.

Wieczorem umówiliśmy się natomiast na spotkanie w Elvisie z Aliną, Olgą, Julią i Zamirą. Wspaniale było odwiedzić ponownie ulubiony bar w Taszkencie. Niestety moi towarzysze ze względu na zmęczenie bądź konieczność stawienia się o godzinie 4 rano w kolejce do ambasady kazachskiej nie zechcieli mi towarzyszyć w dalszym balowaniu, wobec czego Taszkentczyk, po odprowadzeniu na lotnisko wracających już do domu Radzimów, musiał udać się sam na dalsze nocne wojaże :) Dołączyłem do Aliny i Zamiry, które bawiły już w Elipsie i tam przesiedzieliśmy praktycznie do 4 nad ranem :)



Kolejnego dnia ciężko było mi coś się podnieść, ale do 12 dałem jakoś radę ;) W pierwszym rzędzie udaliśmy się oprawić moją magisterkę a potem na uniwerek, gdzie przedłożyłem pracę. Następnie, wybraliśmy się po Alinę i na krótkie zwiedzanie Taszkentu: medresa Kulkedasz, meczet piątkowy, muzeum narodowe. W międzyczasie po małych przebojach wysłaliśmy próbki ziemi do Polski – jak się okazało ta paczka również doszła!!

Jako że powoli zbliżał się wieczór postanowiliśmy coś zjeść – najlepszym miejscem wydawała się rosyjska restauracja Jołki-Pałki. Podjeżdżając pod lokal wpadliśmy wprost w łapy GAIsznika, czyli milicjanta drogówki. Ten przyczepił się naszych zaciemnionych szyb z tyłu furki. Wydawało się to dziwne, bo przejechaliśmy już po drodze do Taszkentu kilka postów milicyjnych oraz mijaliśmy kilku milicjantów w samej stolicy i nikt nie zwrócił nam uwagi, że coś jest nie tak z naszym samochodem. Zaczęliśmy mu tłumaczyć, że my już praktycznie wyjeżdżamy z Uzbekistanu (co nie było prawdą) i po co nas karać. On kazał jednak ściągać folię, co bez żadnych detergentów nie było możliwe. Poza tym zapowiedział, że maszyna zostanie „aresztowana” i zabrana na „sztrafplościadkę”. Tam po ściągnięciu folii uregulujemy mandat oraz rachunek za holowanie i parking milicyjny. Byliśmy pewni, że facet chce wymusić łapówkę, więc zaproponowaliśmy, że „zapłacimy mandat na miejscu”. On z uśmiechem na twarzy odrzekł, że nie może pobierać tak wysokich mandatów. Spróbowaliśmy raz jeszcze używając magicznego zaklęcia, które zazwyczaj wypowiada strona wymuszająca łapówkę: „szto nam nada diełać?”. Odpowiedź była szokująca: „milczeć i czekać, samochód jedzie na parking”! Milicjant wyjął notes i zaczął sporządzać protokół przejęcia Tranzitozwierza. Wezwał nawet w tym celu przypadkowego przechodnia na świadka. Zaczęliśmy go wręcz prosić o zlitowanie tłumacząc, że po co mu i nam problemy – gość odrzekł z rozbrajającym uśmiechem na twarzy: „problem to wy macie, ja mam rezultat”! W tej sytuacji nie pozostało nic innego, jak sięgnąć po telefon i zadzwonić do konsulatu. Niestety mój telefon był rozładowany, dlatego wlazłem z nim i ładowarką do restauracji i poprosiłem o podłączenie do sieci. Przedzwoniłem do konsulatu i przedstawiłem sprawę. Jak nas poinformowano, najprawdopodobniej taki przepis, który zakazywałby zaciemniania szyb nie istnieje. Poza tym poradzono nam zagrać z GAIsznikiem „na ostro”: zażądać podania numeru służbowego, imienia i nazwiska. Podbudowany wróciłem na miejsce i żądam pokazania mi przepisu, na który powołuje się milicjant. On z uśmiechem na twarzy wyjmuje kodeks i wskazuje na któryś z artykułów. Zbity z pantałyku odpieram, że kodeks jest po uzbecku i nie rozumiem ani słowa. On proponuje zatrzymać więc przechodnia, którego mogę sobie sam wybrać i poproszenie o przetłumaczenie przepisu. Tak też czynię. Prawda jest brutalna: przechodzień potwierdza słowa milicjanta. Gdy GAIsznik na chwilę odchodzi, by kogoś zatrzymać, objaśniam przypadkowemu kierowcy, co nas spotkało i pytam, czego ów milicjant może chcieć. Kierowca przyznał, ze sytuacja jest dziwna, ale nie zawadzi jeszcze raz zaproponować dodatek do pensji. Gdy milicjant wraca chwytam się ostatniej deski ratunku i proszę go o podanie numeru służbowego, imienia oraz nazwiska a także oświadczam, że nie wydamy samochodu bez rozmowy z jego naczelnikiem. Milicjant oznajmia, że nie ma problemu i pyta się do kogo telefonowałem, gdy wyszedłem do restauracji. Nie przyznaję się. GAIsznik odchodzi na bok i po chwili woła mnie do siebie. Z niezmiennym uśmiechem na twarzy oddaje mi dokumenty wozu oraz prawo jazdy Kuby i oddala się. Dziwne to wszystko, ale chyba facet uświadomił sobie, że kontaktowaliśmy się z konsulatem i w razie zabrania maszyny być może miałby do wypisywania sporo dodatkowych raportów, więc mu się odechciało. Oczywiście, jak zawsze najśmieszniejsze jest uzasadnienie tego absurdalnego przepisu o zakazie zaciemniania szyb: przecież we wnętrzu samochodu mogą być terroryści! A co gdy samochód ma zabudowaną pakę? Tam terrorystów być już nie może? Swoją drogą ciekawe, co by wymyślili, gdyby nasz samochód miał po prostu czarne szyby a nie tylko naklejki? Kazali by wymieniać okna? :P

Po takiej przygodzie przepyszne żarcie w Jołki-Pałki jeszcze bardziej smakowało ;) Po nasyceniu głodu, gdy wychodziliśmy z restauracji zapadał już zmrok. Wyruszyliśmy w kierunku Samarkandy. Mieliśmy świadomość, że za czasów sowieckich autostrada do Samarkandy przechodziła na odcinku 20 km przez Kazachską SRR, dziś niepodległy Kazachstan, wobec czego wiedzieliśmy, iż musimy odbić w pewnym momencie na Gulistan. Jednak jazda w ciemnościach okazała się zdradziecka i po pewnym czasie dojechaliśmy do posterunku milicyjnego, gdzie panowie oznajmili nam, że tu już jest granica z Kazachstanem i bez wiz dalej jechać nie można. Wracać na trasę już nam się nie chciało, tym bardziej, że było późno. Spytaliśmy się milicjantów, którzy byli bardzo sympatyczni, czy możemy rozbić namiot przy ich posterunku. Oni wyrazili zgodę i poczęstowali nas jeszcze herbatą.

Kolejnego dnia wstaliśmy rano, wykąpaliśmy się i posililiśmy na milicyjnym posterunku i ruszyliśmy dalej do Samarkandy. Na miejsce dotarliśmy po kilku godzinach jazdy. W pierwszy rzędzie udaliśmy się na zwiedzanie obserwatorium astronomicznego Ulug-beka. Wstęp był zdecydowanie za drogi – zresztą z tego względu nie zdecydowaliśmy się zwiedzać tegoż przybytku, podczas mojej poprzedniej wizyty w Samarkandzie. Z samego obserwatorium niewiele się zachowało a pobliskie muzeum jest więcej niż skromne. Kolejną atrakcją były mauzolea Timurydów Szach-i-Zinda. (nie rozpisuję się tu więcej o samych zabytkach, uczyniłem to bowiem we wcześniejszym poście kwietniowym). Tam dołączyli do nas Elbek, Rem oraz ich kolega z Petersburga. Na parkingu spotkaliśmy Katalończyków uczestniczących w imprezie Mongol Rally. Poznać ich szło między innymi po tym, że jako Katalończycy wydrapali literkę E ze swych numerów rejestracyjnych. Mongol Rally to impreza polegająca na przejechaniu samochodem z Europy do Mongolii i podarowaniu auta miejscowym. W akcji uczestniczyły setki ekip – my sami w ciągu najbliższych kilku dni spotkaliśmy na naszej trasie co najmniej dwadzieścia samochodów oznakowanych, jako uczestniczące w Mongol Rally. Następnie pojechaliśmy na bazar i pod meczet oraz mauzoleum Bibi-Chanum. Kolejną zaś atrakcją były zabytki Registanu oraz mauzoleum Gur-i-Amir, gdzie złożone są m.in. szczątki Tamerlana. Po zwiedzaniu udaliśmy się całą grupą na piwo do pubu, gdzie dołączył do nas Zafar. Następnie ruszyliśmy nad jezioro, gdzie mieliśmy przenocować. Niestety milicja zatrzymała nas na poście i oznajmiono nam, że takie mikroautobusy, jak nasz Tranzicior nie mogą jechać dalej. Nic nie pomogło tłumaczenie, że nasz samochód jest zarejestrowany jako osobówka. Zresztą na dobrą sprawę wcale mnie to nie dziwi ;) Zafar zaproponował więc inne miejsce nad rzeką, do którego drogę znał tylko jego kuzyn. Miejsce było oddalone do Samarkandy o jakieś 30 kilometrów i niestety okazało się dużo gorsze od zapowiadanego kąpieliska. Trudno, jakoś pogodziliśmy się z tym faktem i oddaliśmy się wieczornym przyjemnościom typowym dla takich okoliczności przyrody. Po jakimś czasie Krzychu zaczął udowadniać Alinie, że wszystkie zabytki Wilna wybudowali Polacy i że Wilno to polskie miasto. Konkluzją tej całej rozmowy było stwierdzenie, że miastami polskimi jest także Berlin, Londyn, Wiedeń i Praga! :P

Kolejnego dnia ruszyliśmy do Buchary. Całą trasę praktycznie przespałem, więc za dużo nie pamiętam poza tym, że na początku prowadził Kuba i średnio co kilkanaście kilometrów byliśmy zatrzymywani przez milicję za przekraczanie szybkości, co trzepało nas niestety po kieszeniach i zabierało cenny czas. Zdenerwowana już tym Ania zarządziła zmianę za kółkiem i od tego czasu nie dostaliśmy już żadnego mandatu a zatrzymywaliśmy się tylko na stałych posterunkach i nawet jak Ania przekroczyła prędkość, to i tak nam się zawszee upiekło ;)

Buchara okazała się być dla mnie najpiękniejszym uzbeckim zabytkowym miastem. Zabytki nie są bowiem tak „odpicowane” a zarazem wyobcowane z otaczającej architektury, jak w Samarkandzie. Są natomiast rozlokowane w większości w starym mieście, które jest zamieszkane w dalszym ciągu przez zwykłych ludzi. Daje to klimat większej autentyczności miejsca – podobnie, jak w Chiwie, tyle że tam cała zabytkowa strefa wyodrębnia się od reszty miasta murem obronnym. Tymczasem w Bucharze miasto tworzy niejako jeden organizm, w którym zabytki płynnie przechodzą w nowocześniejszą architekturę i nie są zapaskudzone sąsiedztwem żelbetowych potworków, jak np. samarkandzki Registan. W Bucharze w pierwszej kolejności odwiedziliśmy Ark – pałac emira, który jednak w większości jest pokryty ruinami, nie został bowiem odbudowany po ataku Armii Czerwonej z 1920 roku. Na terenie pałacu znajduje się kilka małych muzeów. Naprzeciw zaś wejścia głownego została wybudowana w 1927 roku wieża ciśnień. Konstrukcja ma 33 metry i stanowi doskonały punkt widokowy, jeśli tylko ufa się jej budowniczym i konserwatorom ;)

W dalszej kolejności udaliśmy się do centrum, na plac Lyabi-Hauz i zwiedziliśmy zabytki położone w jego okolicy oraz udaliśmy się na posiłek. Alina, licząc się z tym, że zbliża się jej przedostatni weekend w trakcie pobytu w Uzbekistanie i że Bóg jeden raczy wiedzieć, kiedy pojawi się w Uzbe ponownie oraz, że możemy mieć problemy z dotarciem nad Morzem Aralskie, postanowiła wracać do Taszkentu pociągiem. Kupiła bilet i odprowadziliśmy ją na marszrutkę. Myśmy zaś zdecydowali się jeszcze zwiedzić synagogę, po której oprowadził nas miejscowy rabin (w sumie to nie wiem czy był rabinem, ale wersja, że jednak był, bardziej mi się podoba :P ), opowiadając historię Żydów bucharskich. Następnie udaliśmy się jeszcze pod meczet Kalon, kończąc w ten sposób zwiedzanie Buchary.

Po odwiedzinach u wulkanizatora, ruszyliśmy w kierunku Urgenczu. Postanowiliśmy, że w pierwszej kolejności pojedziemy nad Jezioro Aralskie a właściwie to w miejsce, które kiedyś było nad brzegiem jeziora, czyli do Mojnaku, natomiast Chiwę zostawiliśmy sobie na drogę powrotną. W tym celu musieliśmy jednak jeździć co najmniej do godziny 12 w nocy. Noclegi spędzaliśmy na pustyni, czyli w przepięknych okolicznościach przyrody :)

Kolejnego dnia pocisnęliśmy aż do samego Mojnaku. I tutaj ważna uwaga: za Nukusem nie uświadczy się już stacji benzynowych, wobec czego trzeba o paliwo zadbać wcześniej. Myśmy tak nie uczynili i do Mojnaku dotarliśmy na oparach, licząc że coś uda się załatwić na miejscu. Jedyna stacja benzynowa miała jednak puste dystrybutory. W tej pozornie dramatycznej sytuacji, po kilku nieudanych próbach załatwienia benzyny m.in. od kierowcy autobusu, poradziliśmy sobie jednak wyśmienicie. Miejscowy chłopak zabrał nas do sowchozu, tudzież kołchozu – nie pytaliśmy o stosunki właścicielskie tam panujące ;) – gdzie inny facet nalał nam trochę magicznego płynu do poruszania traktorów i kombajnów :P Zaspokoiwszy głód Tranzitozwierza mogliśmy udać się na cmentarzysko okrętów…



Tym terminem określa się symboliczne miejsce, w którym zgromadzono pordzewiałe kutry dawnej aralskiej floty rybackiej. Statki leżą na dawnym dnie jeziora, które dziś jest wyłącznie pustynią. Stróż, który pilnuje tego złomowiska, opowiedział historię Mojnaku. Sam doskonale pamięta czasy, gdy miasto ze wszystkich stron było otoczone wodami jeziora. Nawet nietrudno to sobie wyobrazić widząc wysokie klify, stanowiące niegdyś brzeg zbiornika. Opowiedział, jak budowano hotele i restauracje, po których dziś nie ma śladu, jak dojeżdżał do miejsca swej pracy, a zajmował się tym, czym większość mieszkańców Mojnaku – pracą na kutrach oraz przetwórstwem ryb. Opowiadał, jak brzeg jeziora w latach 60. zaczął się oddalać, by pod koniec lat 70. nie być już w ogóle widocznym z miasta i jak na początku lat 80. dano spokój wszelkim próbom przekopywania kanałów dla kutrów, by nadal mogły wypływać z Mojnaku na pełne wody jeziora, oddalonego wówczas już o kilkadziesiąt kilometrów. Dziś Mojnak znajduje się ponad 150 km od brzegu a same miasteczko pogrążone jest w marazmie, spowodowanym zapaścią gospodarczą. Rozpytaliśmy się o możliwość dotarcia na współczesny brzeg jeziora – pomysł jechania Tranziciorem „na krechę” do brzegu byłby bowiem dość niepoważny ;) A może i fatalny w skutkach przez wzgląd na ewentualne ruchome pisaki… Jak nam powiedziano dostanie się na brzeg jeziora jest możliwe, ale wyłącznie z miejscowym, który zna drogę oraz dysponuje dobrą ciężarówką. Tak czy siak udało nam się wykąpać się w „jeziorze Aralskim”, a właściwie to w takim małym przydrożnym jeziorku-bajorku, którym musieliśmy się podzielić z pasącym się obok stadem rogacizny :P

Zadowoleni z wizyty w scenerii rodem z Fallout’u, ruszyliśmy w drogę powrotną z zamiarem postoju dłuższego w Chiwie. Po drodze spotkała nas niemała atrakcja: za Nukusem dostrzegliśmy stojący na środku pustyni samolot! Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie spróbowali podjechać bliżej. Na szczęście okazało się, że jest droga, a przy niej znak: „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony!”. Wydaliśmy więc sobie upoważnienie i pojechaliśmy dalej, pod sam samolot. Obok samolotu stały puste budynki oraz wagony kolejowe a w oddali były widoczne kolejne zabudowania i namioty. Zrozumieliśmy, że trafiliśmy na coś w rodzaju poligonu służb specjalnych. Szybkie foty i wsteczny!

Przed Urgenczem powtórzyła się historia z paliwem. Po przejechaniu 60km na rezerwie, trafiliśmy w końcu na stację benzynową. Niestety była ona dopiero w budowie, ale majstrowie zadzwonili po odsiecz i po chwili na Iżu podjechał „benzyniarz” i zaproponował biznes. Uzgodniliśmy cenę i po chwili na kolejnym Iżu, tym razem wózkowym, podjechało dwóch chłopa z kanistrami! Tak to działa w Uzbe :)

Przekroczyliśmy most pontonowy na Amu-Darii i dotarliśmy do Chiwy, gdzie spędziliśmy kilka ładnych godzin, podziwiając zabudowę Itczan Kala. Wieczorem wyruszyliśmy w stronę Taszkentu. Wybraliśmy nieopatrznie jednak drogę, która była w złym stanie i do tego pełna Nazguli – zazwyczaj traktorów, ale i ZiŁów, z wyłączonymi światłami… Amu-Darię przekroczyliśmy na ciekawym moście drogowo-kolejowym, na którym ruch samochodowy jest zatrzymywany na czas przejazdu przezeń pociągu.

Gdy zaczął zapadać zmrok oczom naszym ukazała się dziwna poświata na horyzoncie. Początkowo myśleliśmy, że to może nisko zawieszony księżyc. Po kilkunastu minutach jednak okazało się, że musi to być wielki pożar, gdyż księżyc pojawił się obok łuny. Na jednym z posterunków spytaliśmy milicjanta cóż to za poświata na horyzoncie – odparł, że to płonie turkmeński gazociąg położony jakieś 15 kilometrów od miejsca, w którym się znajdowaliśmy. Okazało się jednak, że milicjant nie miał najlepszych informacji. Po kilkunastu dalszych minutach jazdy – poświata pojawiła się na wprost naszego pojazdu – nie było więc już za bardzo możliwe, iż znajduje się ona na terytorium Turkmenistanu, gdyż jechaliśmy cały czas równolegle do granicy tego państwa. Po przejechaniu kolejnego odcinka drogi nie było już wątpliwości, że mamy do czynienia z pożarem, gdyż łuna wyraźnie zaczęła pulsować. Musieliśmy jeszcze przejechać ładne kilkadziesiąt kilometrów, by dojechać do źródła ognia, które okazało się być rozlokowane tuż przy naszej drodze. Pożar był na tyle potężny, że widzieliśmy go już z dystansu prawie 100 kilometrów! Płonął oczywiście gaz wydając przy tym niesamowity, huczący dźwięk. Nie udało nam się stwierdzić, czy był to pożar rurociągu czy też naturalny wyciek gazu, który został podpalony. Wynikało to z faktu, że pożar miał miejsce w małej niecce, do której krawędzi podejście nie było możliwe. Ba, nawet zbliżenie się na odległość 50 metrów było trudne ze względu na podmuchy rozgrzanego powietrza. Odjechaliśmy jakieś 20 kilometrów od pożaru i położyliśmy się spać na pustyni rozświetlanej pożarem gazu!



Kolejny dzień praktycznie cały spędziliśmy w podróży, albowiem zależało nam, by dostać się, jak najprędzej do Taszkentu. Łudziliśmy się, że może uda nam się jeszcze wykorzystać ostatni dzień dla sprzedaży samochodu. Jedyną atrakcją po drodze były kontrole milicyjne oraz pyszny obiad. Antyatrakcjami zaś upał panujący we wnętrzu wozu, gdzie odnotowaliśmy 60°C pod przednią szybą i 40°C w najbardziej przewiewnym miejscu, oraz eksplozja opony, która nie wytrzymała ze starości i upału. Do Taszkentu dotarliśmy około 22. W hotelu Hadra nie mieli miejsc, więc odesłali nas do innego przybytku. Tam jednak się okazało, że nie mogą nas zameldować, gdyż nie mieliśmy registracji. Otóż okazuje się, że w Uzbekistanie należy się rejestrować co każde trzy dni a po przekroczeniu tego terminu żaden hotel nie ma prawa przyjąć człowieka dopóki ten nie uiści mandatu! Niemniej jednak facet z recepcji był na tyle miły, że pozwolił nam rozbić namioty na tyłach hotelu i zaparkować samochód na hotelowym parkingu. Do godziny 3 nad ranem pucowaliśmy naszego Transita, mając na uwadze planowaną wizytę na giełdzie samochodowej dnia następnego. Niestety następnym dniem był poniedziałek, a giełda w poniedziałki nie działa :/ Postanowiliśmy jednak spróbować. Oddaliśmy dodatkowo do czyszczenia samochód na myjnie i udaliśmy się na avtorynok. Tam jednak wszystkie nasze nadzieje zostały rozwiane. Przez wzgląd na brak uregulowanych kwestii celnych nikt nie chciał kupić samochodu. Próbowaliśmy jeszcze pogadać z „marszrutkowcami”, ale też poza ogólnym zainteresowaniem nie było chęci zakupu z ich strony. Następnie udaliśmy się do dziewczyn do mieszkania, celem ogarnięcia się. Zajęło to oczywiście trochę czasu. Wieczorem mieliśmy plan pójść do restauracji na wieży telewizyjnej – obiecuję to sobie od początku mojego pobytu w Taszkencie, czyli od stycznia, ale ciągle jakoś mi się nie udawało i tym razem również się nie powiodło… Restauracja w poniedziałki nie pracuje :( Miejmy nadzieję, że co się odwlecze, to nie uciecze. Na kolację wybraliśmy się ostatecznie do Sim-sim – również bardzo fajnej knajpki. Następnie pojechaliśmy do parku, gdzie dołączyliśmy do Ibrahima oraz Rema. Około 1 w nocy musieliśmy jednak przenosić się na lotnisko, skąd odlatywaliśmy z Krzysztofem do Rygi.

Tak się skończyła nasza eskapada do Azji Centralnej… Pozostała jednak siła wspomnień :)


środa, 19 sierpnia 2009

Powyjazdowo…


Tak, jak obiecałem postaram się opisać naszą wakacyjną eskapadę. Zadanie to niełatwe, bo wydarzyło się dużo, a i nie wszystko (czasami właśnie to, co najlepsze) nadaje się do publikacji (bądź krąg wtajemniczonych trzeba utrzymywać w karbach, bądź przekaz „na piśmie” byłby dalece niedoskonały). W każdym razie to, co nie znajdzie miejsca na blogu, zostanie pokazane na tradycyjnych, powyjazdowych prezentacjach, gdy takowe zostaną już przygotowane.

Całość chyba podzielę na odcinki, bo w jednym poście to nie dam rady… ;)

I taki krótki przegląd zdjęć z całości wyjazdu, pokazujący to, co najważniejsze: piękne krajobrazy, wspaniałych ludzi, naszego Tranziciora i przyjaciół, których każdy może mi pozazdrościć!



poniedziałek, 10 sierpnia 2009

ahhh pochti rodina

Uzbekistan!!! :DDD :DDD
Tyle, ze dzis w nocy sie konczy... :'(

sobota, 27 czerwca 2009

Rusza Wielki Plan Wakacyjny


Taaak… Stało się. Taszkentczyk wraca, gdzie jego miejsce: do Azji Centralnej! Po niecałym półtora miesiąca spędzonych w Polsce, nareszcie nastanie czas odpoczynku. Te ostatnie tygodnie były naprawdę ciężkie, głównie przez wzgląd na pisanie pracy magisterskiej (Project-u) w ramach studiowania na WIUT.


Jutro a właściwie, to dziś za niecałe cztery godziny Taszkentczyk wsiądzie do pociągu relacji Słupca – Kraków (z przesiadką w Poznaniu, gdzie spotka się ze swym wiernym kompanem oraz towarzyszem czynów chwalebnych – Wielkim Celebransem Wielkiego ETOH-a Teokratorem Cziczeronem I, czyli z Krzychem). W dawnej stolicy Polski zatrzyma się na imprezie pożegnalnej Alicji i Andrzeja, albowiem zaprzyjaźnieni Los Wiaheros ruszają w 3, 5-letnią podróż dookoła świata! Taką okazję trzeba uczcić!!

W niedzielę ładujemy się już do pociągu relacji Kraków – Kijów, by tam, po dokonaniu niezbędnych korekt bagażowych, wsiąść na pokład Aeroflotowej maszyny i lotem przez Moskwę, skoro świt we wtorek wylądować w Biszkeku.

Jaki jest plan na dzień dobry? Ambitny – rzec bez kozery można. Czy się uda? Pożyjemy – zobaczymy… W każdym razie zamierzamy skopać tyłek Lenina… Piku Lenina. Jest to mierząca 7134 m npm góra położona w Pamirze na granicy kirgisko-tadżyckiej. Nie uchodzi za trudną, ale już sama wysokość i warunki pogodowe tam panujące, nie czynią dla większości przedstawicieli homo sapiens w tym i dal nas, tego podejścia łatwym spacerkiem. Właściwie to szanse na wejście trzeba kalkulować na fifty-fifty, aby później nie było rozczarowania i niewyobrażalnego żalu.

Wydaje się, że przygotowani sprzętowo jesteśmy bardzo dobrze, kondycyjnie też nie narzekamy, ale jak będzie tam na miejscu… to już Bóg jeden raczy wiedzieć… Ogromną rolę poza warunkami atmosferycznymi odegra nasza aklimatyzacja, z którą wcześniej nie mieliśmy nigdy poważnych problemów. Jednak tym razem wchodzimy na górę o 1,5 kilometra wyższą niż nasze dotychczasowe osiągnięcia…

Po wylądowaniu w Biszkeku, odbieramy nasze niezbędne permity, dokonujemy ostatnich zakupów i ruszamy na południe do Osz, miejmy nadzieję, że razem z inną polską ekipą, która uderza na Pik w tym samym czasie (szczegóły dogadamy jutro). Następnie z Osz łatwimy transport na Ługową Polaną, gdzie znajduje się base camp i zaczyna się podejście!

Jeśli się wszystko uda, to po mniej więcej dwóch tygodniach powinniśmy być z powrotem na Ługowej, by stamtąd bezzwłocznie udać się z powrotem do Biszkeku na spotkanie z Anią, Magdą, Kubą i Radkiem, którzy przyjadą z Polski naszym niedawno zakupionym Fordem Transitem!! Dalszą część podróży spędzimy już razem w doborowym gronie przyjaciół! Zamierzamy zwiedzić Kirgistan – przynajmniej okolice jeziora Issyk-Kul. Następnie udamy się do Tadżykistanu, gdzie będziemy przemieszczać się wzdłuż Pamir Highway, odbijając na południe do doliny Wachanu, stanowiącego graniczną rzekę z Afganistanem. Słyszałem gdzieś ostatnio, że w Ishkashim istnieje możliwość nielegalnego przekroczenia granicy z Afganistanem. Skoro nie udało się zbliżyć do mostu hajratońskiego w Termezie, to może chociaż w Tadżykistanie uda się postawić stopę na terytorium afgańskim! ;) Z Tadżykistanu udamy się do Uzbekistanu – w pierwszej kolejności do Taszkentu. Taszkentczyk zawita w swoim domu. Piwko w Elvisie oraz impreza w Niagarze – murowane punkty programu ;) A co dalej? Uzbecka klasyka: Samarkanda, Buchara i Chiwa. No i jak czasu starczy, to koniecznie Mojnak, dawny port rybacki nad brzegiem jeziora Aralskiego, którego brzeg znajduje się obecnie ponad 150 kilometrów od tegoż miasta. A że w narodzie fantazja nie ginie, to jest plan podjęcia próby dostania się na Wyspę Odrodzenia – dawny radziecki poligon i laboratorium boni biologicznej. Szanse na to wielkie nie są, bo na ile mi wiadomo obecnie bezpieczny dostęp na tę wyspę (w sumie dziś to już wyspa tylko z nazwy), ze względu na ruchome pisaki od strony uzbeckiej, możliwy jest wyłącznie od strony kazachskiej.

Powrót planowany jest w połowie sierpnia.


Trzymajcie kciuki – szczególnie za naszą zuchwałą próbę pokazania Włodzimierzowi Iljiczowi, kto tu rządzi! ;)

poniedziałek, 16 lutego 2009

Góry góry über alles!!


Nareszcie udało mi się wyrwać w górki :) Na jeden dzień tylko, ale było gites :)


A wszystko dzięki Romanowi z Czech, który jest doktorantem na stypendium w WIUT. To jest już jego drugi pobyt w Taszkencie. W zeszłym roku również był w Uzbekistanie na okres semestru letniego. Zna więc miasto, okolicę oraz ludzi.

W góry wybraliśmy się dzięki znajomym Romana, którzy zaaranżowali transport oraz wesołą środkowoeuropejską brygadę, w skład której ostatecznie weszło 3 Polaków, 2 Czechów, 2 Ukraińców i jedna Łotyszka :) Ekipa jechała oczywiście na narty, więc po raz kolejny w życiu żałowałem, że ja tym ustrojstwem nie umiem się posługiwać…

Zaczęło się wesoło – Sasza z Ukrainy opowiadał sporo ciekawych historii z swojej pracy i miejsc, w których dane było mu dotychczas mieszkać. Potem było troszkę dramatów, bo Nexia, którą wynajęliśmy miała letnie opony, a więc na lekutkiej pochyłości zaczęła buksować.. Trzeba było wysiadać i popychać. Jeszcze ciekawej się zrobiło, gdy droga nabrała wzdłużnej pochyłości i samochód staczał się do krawędzi (czytaj: lądował w zaspie). Pewnie byśmy nie dojechali do Beldersay (naszego miejsca przeznaczenia) gdyby nie to, że miejscowy rynek szybko i sprawnie odpowiada na potrzeby konsumentów – nagle pojawili się chłopaczki, którzy zaoferowali łańcuchy za zdzierczą cenę (która nas za bardzo nie przejęła, bo potrąciliśmy ją kierowcy).

Ostatecznie dotarliśmy do Beldersay – oczom naszym ukazał się znany (choćby z Armenii) obrazek – kurort z sowieckich czasów, który ewidentnie lepiej prosperował za czasów ZSRR, głównie dzięki putjowkom* dla pracowników z całego obszaru Związku Radzieckiego. Beldersay to ponoć najlepszy ośrodek narciarski w Uzbekistanie, ale nie należy się spodziewać garści wyciągów, wypożyczalni sprzętu czy bud z hot-dogami i piwem na każdym rogu oraz całej towarzyszącej temu cepelii, co ma swoje dobre strony. Jest jeden wyciąg krzesełkowy – Roman wyczuwał w nim rękę czechosłowackich konstruktorów ;) oraz jeden orczyk. Tłoku raczej nie ma, można spokojnie sobie pozjeżdżać.

Towarzysze ruszyli więc na stok, a ja oddałem się zimowemu trekkingowi. Śnieg był masakrycznie kopny i bez rakiet lub narcioszków ciężko było się przemieszczać. Co kilkadziesiąt kroków zapadałem się w puchu po pas i traciłem sporo czasu i sił by się jakoś wygramolić. Udałem się w stronę dolinki rozdzielającej nasz masyw (którego nazwy nie znam) od góry Chimgan, która wygląda naprawdę kusząco. Zejście było miejscami strome, co nie napawało mnie entuzjazmem przed wizją podejścia (głównie ze względu na kopny śnieg, który wymuszał miejscami przemieszczanie się na „czterech łapach”).

W każdym razie dość szybko udało mi się oddalić w miejsce stanowiące oazę niesamowitej ciszy i spokoju. Do tego dające ładny widok na otaczające szczyty. I tutaj niestety pogoda spłatała mi figla, bo niebo szybko się zachmurzyło i sypnęło śniegiem. Widoczność spadła do trzydziestu metrów a moje ślady zaczęły znikać pod pokrywą świeżego puchu. Zacząłem wracać w stronę stoku narciarskiego. Natknąłem się na moją ekipę – jak się okazało istnieje możliwość zjedzenia ciepłego posiłku w chacie, znajdującej się na grzbiecie. Nie omieszkałem zajrzeć – okazało się, że za bardzo przyzwoite pieniądze można zjeść dobre dania domowej roboty, do tego skosztować wszystkiego, co leżało na stole – a było w czym przebierać – kiszone ogórki i pomidory, surówki, pieczywo, jajka, bliny, konfitury, herbata, kompot. No czad po prostu. Do tego wesoła kompania z baniakiem wina :) Troszku tam posiedziałem :P

Pospacerowałem jeszcze z godzinę i nadszedł czas powrotu. Okazało się, że można wypożyczyć sobie snowboard a być może i narty, więc nie wiem, czy nie skorzystam z oferty, jeśli będę tylko miał okazję wybrać się tam po raz kolejny.



* путёвка – (ros. skierowanie na wczasy)

wtorek, 20 stycznia 2009

Ojciec Narodu...


Islom Karimov:

  • Twórca "społeczeństwa obywatelskiego" /wystrój akademika/

  • Założyciel Placówek Krzewienia Edukacji /hol WIUT/
  • Patronuje Zakładom Pracy /Elektroaparat/

  • Pamięta o Ofiarach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej /pomnik "Płacząca Matka"/


...czyli po prostu Ukochany Tatko.