Pokaż Taszkentczyk na większej mapie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Taszkent. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Taszkent. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Grudzień w pigułce


Zgodnie z najgorszymi tradycjami tego blogu, iż wszelkie informacje pojawiają się na nim z dużą czasową obsuwą, zamieszczam właśnie wspomnienia z ostatniego miesiąca mojego pobytu w Taszkencie.

Grudzień okazał się być najbardziej pracowitym oraz „zakręconym” okresem. Przyczyn tego stanu rzeczy było co najmniej kilka. Część z nich jest constans dla każdego z nas w każdym roku, praktycznie bez względu na miejsce, w którym się znajdujemy – wiadomo: Boże Narodzenie, Nowy Rok, szaleństwo przedświąteczne, część z nich wynikła ze specyfiki tego okresu we wszelkich placówkach dyplomatycznych oraz urzędach administracji, część zaś (i to pewnie największa) dopadła Ambasadę zgodnie z prawami Murphy’ego… Niemniej jednak, chyba ze względu na natłok zadań, pracę pod presją czasu i atmosferę ciągłego oczekiwania: to na przylot ministra, to premiera, to prezydenta, to Gwiazdora, grudzień będę najdłużej i najcieplej wspominał :)

Nie o wszystkim pisać mogę, nie o wszystkim chcę, nie wszystko pamiętam :P

Tak więc w telegraficznym skrócie:

1. Taszkent, albo precyzyjniej, istotny jego landmark, jakim niewątpliwie jest Skwer Amira Temura, uległ ogromnej przemianie. Niestety, w mej opinii (i nie tylko) na gorsze. Jak wiadomo okolica Skweru podlegała ostatnio wielkim zmianom związanym z budową Pałacu Forum „Uzbekistan” (Дворец форумов nie wiem, czy tak to powinno się tłumaczyć na polski – w naszej tradycji to by chyba był bardziej Pałac Zjazdów…). W związku z tym, jak wcześniej donosiłem, zburzono moją tanią jadłodajnię a w jej miejsce postawiono drugi kurant. Największe zmiany nastąpiły jednak pod koniec listopada. Na skwer wkroczyły brygady robotniczo-chłopskie i przystąpiły do dzieła niszczenia, o którym też już donosiłem wcześniej. Bez konsultacji społecznych wycięto praktycznie wszystkie drzewa na Skwerze, a były to przede wszystkim ponad stuletnie, potężne platany. Skwer, który latem dawał schronienie przed słonecznym żarem oraz pewne poczucie intymności w środku miasta, zawsze był pełen ludzi, w tym, co mnie najbardziej urzekało, starców grających tu i ówdzie w szachy, zmienił swoje oblicze nie do poznania. Zostawiono kilka starych drzew, które można policzyć na palcach dwóch dłoni i zasadzono mnóstwo maleńkich choineczek. Oczywiście wygląda to nadal ładnie i dla kogoś, kto nie widział poprzedniego oblicza Skweru może dziwić podnoszone larum, ale uwierzcie mi, obecne oblicze parku nie umywa się do poprzedniego i wcale nie dziwi, że wielu mieszkańcom Taszkentu dźwięk pił spalinowych oraz trzask łamanych konarów musiał rozrywać serca… Ale to jeszcze nie koniec! Dodatkowo zburzono hotel Poytaxt (gdy wyjeżdżałem trwało wywożenie zgromadzonego gruzu) oraz, co gorsza, budynek byłej cerkwi przy dawnym seminarium nauczycielskim… Naturalnie pojawia się pytanie, w jakim celu poczyniono tak daleko idące kroki. Chodzi najprawdopodobniej (najprawdopodobniej, bo oficjalnie nikt nie komentuje tych działań) o zapewnienie lepszego widoku na nowopowstały Pałac... Szkoda, przecież nie jest z niego znowu taki cud… :/

Dla zainteresowanych tym, co się dzieje wokół Skweru polecam te dwa reportaże:
Прощай, ташкентский Сквер!
В Ташкенте сносят очередные исторические объекты – здание церкви и гостиницы


2. W związku ze świętami Bożego Narodzenia organizacje polonijne w Taszkencie podjęły się przygotowania spotkań wigilijnych. Miałem ogromną przyjemność uczestniczyć w dwóch takich uroczystościach. Pierwszą zorganizowała „Polska klasa” pod kierownictwem Moniki Lotosz.



Wigilia odbyła się w salach kościoła katolickiego. Swoją obecnością uroczystość uświetnił ks. bp Jerzy Maculewicz, będący administratorem apostolskim w Uzbekistanie. Świetnym pomysłem Moniki było „zorganizowanie” grupki kolędników, która odegrała zabawną scenkę świątecznych i noworocznyc
h życzeń. Oprawę muzyczną zapewnił natomiast zespół „Bawełnianki”, który powalił mnie swoim wykonaniem kolędy góralskiej „Gore gwiazda Jezusowi” (w sieci można znaleźć ją w wersji Arki Noego, ale nie robi ona większego wrażenia).

Tydzień później,
w drugie święto Bożego Narodzenia odbyło się spotkanie w „Świetlicy Polskiej”, również połączone z poczęstunkiem oraz częścią artystyczną, którą przygotowali Paweł Zajkowski i Ilija Filippow, a w której zaprezentowały się „Bawełnianki” i Zespół „Społem”.

Skoro już wspominam o obu zespołach, to poświęcę im ciut więcej miejsca, są bowiem tego na pewno warte. Z ich występami mogliście także zapoznać przy okazji jednego z wcześniejszych postów na temat Festiwalu Polskiej Piosenki. „Społem” tworzy ogółem (mam nadzieję, że się nie mylę) 7 osób. Część z nich ma wykształcenie muzyczne i prowadzi ożywioną działalność na tym polu. Na przykład z Pawłem spotkałem się po raz pierwszy w kwietniu, gdy byłem zupełnie przypadkowo na koncercie charytatywnym w Domu Kompozytorów w Taszkencie – zapamiętałem go, bo brawurowo naśladował Louisa Armstronga :) Nie wiedziałem jednak wtedy, że ma polskie korzenie (dowiedziałem się o tym po koncercie od Romana, na którego zaproszenie znalazłem się w ogóle na koncercie), a tym bardziej że występuje w polskim zespole ludowym! A z Eugenią łączy mnie na przykład fakt studiowania na WIUT – o czym też zresztą nie wiedziałem wcześniej ;) Poza pięknymi głosami – członkowie zespołu potrafią grać na gitarze, pianinie, skrzypcach i akordeonie (na tych instrumentach przynajmniej ja widziałem ich występy). „Społem” bywało już z koncertami na festiwalach w Polsce, lecz niestety ostatni raz w 2008 roku – kryzys gospodarczy udaremnił im plany wyjazdowe na rok 2009… :(
„Bawełnianki” to natomiast zespół rodzinny, który tworzy mama, grająca na akordeonie oraz trzy córki i syn. Wykonują głównie utwory ludowe, wielu z nich nawet nie znam, ale czynią to z takim entuzjazmem, że naprawdę aż miło posłuchać! A już wspomniane wyżej wykonanie „Gore gwiazda Jezusowi” na długo pozostanie mi w pamięci. Strasznie żałuję, że nie nagrałem tej kolędy… Ehhh…

Oba zespoły tworzą ludzie dużego talentu muzycznego, ale także i wielkiego serca, dla tego, czym się zajmują. Promują Polskę najlepiej jak potrafią i z ogromnymi sukcesami, nie dysponując przy tym wielkimi budżetami polskich urzędów centralnych zajmujących się PR naszego kraju. Odstawiają kawał dobrej roboty, nie oczekując nic w zamian! Szczerze mówiąc, to obserwując takich ludzi, to jak codziennie zmagają się z problemami, które dla nas są obce – problemy lokalowe, brak instrumentów, brak środków na kostiumy itd., swoim zaangażowaniem przełamują wszelkie bariery i dowodzą, że Polska nie jest dla nich pustym słowem. Wybaczcie mi, że uderzam w takie tony patriotyczne, ale założę się, że wielu z Was będąc tam na moim miejscu, również zrobiłoby się cieplej na sercu!

3. Teraz słów kilka o przebiegu „mojej” wigilii. 24 grudnia rozpoczął się wcześnie rano, gdy udałem się na miasto w poszukiwaniu prezentów. W ten to sposób tradycji stało się zadość, iż najlepszym dniem na zakupy wigilijne jest Wigilia… (chyba ostatni raz, kiedy przygotowałem się zawczasu, to było podczas pierwszego roku studiów…). Gdy wracałem do Ambasady wpadłem na Olgę i Sławika, którzy rozwozili ostatnie życzenia bożonarodzeniowo-noworoczne oraz zaproszenia na koktajl (o tym później). Pojechaliśmy więc razem do tzw. Sedesu, czyli SDS – Służby Diplomaticzeskowo Serwisa, zajmującej się obsługą misji akredytowanych w Uzbekistanie, by rozmieścić w pigeon holes’ach korespondencję, a następnie do Ambasady. Tam w samo południe Pan Radca złożył wszystkim pracownikom życzenia świąteczne i dzień pracy dla większości się zakończył. Po powrocie do Rezydencji, pod wieczór odbyliśmy z Panią Anią i Panem Radcą wigilijną wieczerze przy 12 potrawach. Nie były to potrawy w pełni tradycyjne, ale to dodało naszej kolacji jedynie oryginalności! Po kolacji odbyło się natomiast wręczenie prezentów, moment, który bardzo ujął mnie za serce.

Po wieczerzy w Rezydencji pojechałem do Ambasady na Wigilię zorganizowaną przez Martę, Remka, Pawła, Jacka, Artura, no i zapewne Julę :) Była kapusta z grzybami, pierogi z kapustą, groch oraz makaron z makiem (moja ulubiona potrawa z lat dziecięcych) :) Najweselszym momentem było przyjście Gwiazdora, a właściwie szybkie podrzucenie prezentów, zainscenizowane specjalnie dla Julki. Przezabawne było, jak mała wpatrywała się w niebo wypatrując sani z reniferami a następnie biegła szybko do pokoju zobaczyć, czy są prezenty pod choinką, po tym jak Paweł stuknął oknem i krzyknął, że Gwiazdor ucieka przez nie! Następnie nastąpiło rozpakowywanie oraz oglądanie prezentów. Julka najbardziej cieszyła się z Kinder Bueno oraz Mentosów tuląc do siebie ich opakowania :D Przed 12 ruszyliśmy do kościoła na pasterkę. Zaskoczyła mnie ilość ludzi, którzy zgromadzili się w kościele. Zawdzięczaliśmy to obecności przedstawicieli korpusu dyplomatycznego oraz prawosławnych Rosjan, których sporo przychodzi popatrzeć na przebieg uroczystości, traktując to jako atrakcję! Część z nich była pod wpływem Wielkiego ETOH-a, a więc nie przymierzając czułem się jak w Słupcy :P Większość Rosjan nie wytrzymała dwugodzinnej Mszy i po pewnym czasie w kościele zrobiło się swobodniej. Nabożeństwo było odprawiane w języku rosyjskim z czytaniami dodatkowo w językach angielskim i koreańskim. Ponadto jeden ustęp z modlitwy wiernych był po polsku.

25 grudnia również spędziłem u Marty i Remka. Dzień zleciał nam opychaniu się pysznościami kuchni polsko-uzbeckiej, w tym pieczonym indykiem, przygotowanym przez Pawła, oraz napojami wysokokalorycznymi w akompaniamencie filmów serwowanych przez polską telewizję. Ot, typowe polskie święta!

4. 30 grudnia odbył się koktajl z okazji zakończenia przez Polskę sprawowania lokalnej prezydencji UE w Uzbekistanie i przekazania przewodnictwa ambasadzie Włoch (w Uzbekistanie nie ma misji dyplomatycznej Hiszpanii).

5. Sylwestrowy wieczór spędziłem na Miron Szocha (pokój kurierski) z Danielem, aplikantem z MSZ. Na powitanie Nowego Roku postanowiliśmy wyruszyć na centralny plac Taszkentu – Mustaqilik Maydoni. Ludzi było co niemiara, aczkolwiek towarzyszyło nam nieodparte wrażenie, że blisko 10-20% wszystkich zgromadzonych stanowili milicjanci. Ponadto na placu stało kilka milicyjnych suk. Jakby na placu miało dojść do ustawki kiboli ;) Szkoda, że zakazano również odpalania fajerwerków w tym roku. Odebrało to trochę kolorytu całemu świętowaniu. Niemniej jednak, jak zawsze przy takiej okazji, można było spotkać wiele pozytywnie zakręconych osób, przebierańców i innych cudaków!

6. Ostatni dzień pobytu w Taszkencie minął mi według następującego programu. W pierwszej kolejności udałem się na bazar – Tyzykowkę, gdzie chciałem kupić radziecki zegarek Omega – przepraszam kuzynie, ale mimo usilnych starań, ponad godzinnych poszukiwań i „rozpytywań na okoliczność” nic z tego nie wyszło.. :/ Następnie korzystając z ładnej pogody umówiliśmy się z Danielem na „zwiedzanie” taszkenckiej wieży telewizyjnej, czyli najwyższej konstrukcji w Azji Centralnej (zaraz po kominie elektrowni w kazachstańskim Jekybastuz) oraz 10. najwyższej wieży (podkreślam: wieży – to ważne w świetle niedawnego otwarcia Burj Dubai) na świecie.



Wjechaliśmy windą na wysokość 220m, skąd roztacza się widok na Taszkent – niestety zakłócony przez zalegający nisko smog oraz przepiękny widok na pobliski masyw tienszański (a dokładnie grzbiet czatkalski)! Z wieży widać naszą Ambasadę, choć dla przyzwoitości muszę przyznać się, iż udało mi się ją zlokalizować dokładnie dopiero na zdjęciu w domu. Wyjście z windy może przysporzyć sporo stresu, albowiem wychodzi się bezpośrednio z trzonu wieży na metalową konstrukcję, która otacza wieżę i od „świata zewnętrznego” dzieli nas jedynie ok.
1,5-metrowej wysokości barierka. Na 110 metrach znajduje się restauracja – urządzona w głębokim Gierku, bardzo klimatyczna, serdecznie polecam! Stoliki w restauracji umieszczone są na pasie transmisyjnym obracającym się wokół osi wieży z częstotliwością 0,00027778 Hz, czyli, jak łatwo obliczyć, o okresie 1 godziny :P W cenie wejścia do restauracji (5000 sum) otrzymuje się skromny poczęstunek (surówka, 4 plasterki mięska oraz bulion). Strasznie się cieszę, że w końcu udało mi się zaliczyć taszkencką wieżę, co obiecywałem sobie przecież od początku mojego pobytu w Taszkencie.

W dalszej kolejności udałem się na pożegnanie do Ambasady a następnie do Akademika i z powrotem do Ambasady. Pożegnania trwały długo (od ok. 14 do 2 w nocy) i intensywnie oraz były połączone z promocją „Moto Syberii” oraz pozbyciem się zimowej czapki w nie do końca jasnych dla mnie okolicznościach – muszę napisać w tej sprawie do Alisha :P W każdym razie pakowanie odbyło się według najlepszych wzorców last minut panic – zawsze skuteczna metoda, a kac dopadł mnie dopiero w Moskwie!

To już praktycznie koniec mojego pobytu w Taszkencie, ale pożegnania odłożę sobie do kolejnego postu… :)


niedziela, 20 grudnia 2009

sobota, 14 listopada 2009

Święto Niepodległości na obczyźnie


Zawsze byłem ciekawy, jak też wyglądają obchody świąt narodowych daleko od kraju. Kto przychodzi na organizowane przyjęcia? Jaki panuje nastrój itd.? Na szczęście było mi dane przyjrzeć się temu od kuchni.

W niedzielę bezpośrednio poprzedzającą dzień 11 listopada w kościele katolickim, zwanym bardzo często polskim kościołem, a o którym pisałem już co nieco w poście z lutego, odbyła się zamówiona przez Ambasadę msza św. za Ojczyznę. Wszyscy katoliccy księża w Uzbekistanie to Polacy – franciszkanie. Polakiem jest także biskup. Z tego też tytułu msza odbyła się po polsku. Kościół był pełen wiernych – licznie przybyła Polonia oraz oczywiście reprezentacja Ambasady, a także Polacy, którzy z okazji różnych innych zadań przebywają w Taszkencie. Nie omieszkał z nutką ironii zauważyć tego proboszcz, stwierdzając, że szkoda, iż mszy za Ojczyznę nie ma w każdym miesiącu, bo miałby wtedy pełną świątynię wiernych ;) Przed rozpoczęciem nabożeństwa proboszcz werbował parafian do aktywnego udziału w mszy i takim obrazem Marta i Remek czytali I i II czytanie, natomiast ja wystąpiłem z modlitwą wiernych. Od niepamiętnych czasów nie „występowałem” w kościele – chyba ostatni raz miało to miejsce w podstawówce, więc lekki stresie był :P , ale wszystko poszło chyba dobrze ;) Przynajmniej zebrałem pochwalne recenzje :P Podczas samej mszy spostrzegłem kilka elementów liturgii różnych od tych znanych mi w Polsce. Po pierwsze, podczas podniesienia mało kto klęka – zdecydowana ludzi stoi z pochylonymi głowami. Po drugie, spośród osób idących do komunii wielu nie przyjmuje komunikatów, lecz ogranicza się do przyjęcia błogosławieństwa. Po trzecie, podczas błogosławieństwa kończącego mszę praktycznie nikt się nie żegna na słowa kapłana „Niech Was błogosławi Bóg Wszechmogący, Ojciec i Syn i Duch Święty”. Ot, co kraj, to i obyczaj, choć Kościół Powszechny…

11 listopada to dzień wolny od pracy w Polsce. To samo dotyczy oczywiście polskich misji dyplomatycznych. Ścisły sztab ;) musiał jednak udać się do Ambasady celem dopracowania przemówienia okolicznościowego, które miało być wygłoszone podczas przyjęcia. Sama uroczystość odbyła się w hotelu InterContinental. Jako gospodarze przyjechaliśmy około godziny przed czasem, żeby dopilnować ostatnich przygotowań. Sala była spora – naprzeciw drzwi wejściowych znajdował się długi stół z owocami i słodkościami. W dalszej kolejności stał piękny bukiet kwiatów w barwach narodowych, mikrofony i flagi: uzbecka, polska i europejska. Za nimi znajdowała się scena, na której rozstawili się muzycy. Przy scenie znajdowały się dwa okrągłe stoliki: dla zaproszonych ambasadorów i oddzielnie dla żon. Z drugiej strony stał ekran, na którym wyświetlano cykl fotografii „Polska w obrazach”. Przy bocznych ścianach znajdowały się dwa długie stoły, na których wyłożone zostało jadło, w tym przygotowany przez Polonię bigos :) Z obu stron drzwi wejściowych zlokalizowano barki z napojami.

Gdy zbliżała się oficjalna godzina rozpoczęcia przyjęcia: Radca wraz z małżonką i niedawno przybyłym attaché wojskowym ustawili się przy drzwiach do witania gości, którzy gromadzili się już przed salą, by zgodnie z zasadami z lekkim opóźnieniem rozpocząć wchodzenie. Ja wraz z Anią (aplikantką) staliśmy z tyłu i odbieraliśmy kwiaty. Po wejściu wszystkich gości, nastąpił czas oczekiwania na przyjście gościa głównego, którym był wiceminister z Ministerstwa Zagranicznych Relacji Gospodarczych, Inwestycji i Handlu. Po jego przyjściu, nastąpiło oficjalne otwarcie przyjęcia. Radca wraz z Gościem ustawili się przy scenie pod flagami. Zostały odegrane hymn polski i uzbecki a następnie pan Radca wygłosił przemówienie. Rozpoczęło się przyjęcie właściwe ;)

Moje doświadczenia z przyjęciami są prawie żadne, bo poza COP-owskim bankietem otwarcia w zeszłym roku nie byłem na żadnym innym, jednak mogę powiedzieć, że ta uroczystość była bardzo udana. Było dużo gości, ponoć więcej niż u Czechów, którzy mieli swoje święto jakieś dwa tygodnie przed nami, a z którymi przecież z taką lubością rywalizujemy o wszystko, zawsze i wszędzie ;) Oprawa muzyczna był chyba jedną z najmocniejszych stron przyjęcia – zespół na scenie składał się z profesjonalistów – muzyków, co się zowią, wykonujących szlagiery światowej muzyki. Przy czym dobór utworów był bardzo dobry – nie absorbowały w sposób nadmierny uwagi, a miło wpadały w ucho. Najlepiej ubrany na całym przyjęciu był nasz attaché, który nie miał zwykłego munduru galowego, lecz coś w rodzaju czarnego frako-munduru z błękitną kamizelką, białą koszulą i czarną muszką – kapitalnie to wyglądało. Przyjęcie, jak to dyplomatyczne przyjęcia nie trwało szczególnie długo, choć najwytrwalsi przekroczyli niepisaną zasadę, iż nie należy pozostawać dłużej niż dwie godziny – niechybny znak, że się podobało :)

I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem a com widział i słyszał na blogu zamieściłem…

Dziś natomiast odbył się w kościele Festiwal Piosenki Polskiej "Polskie Szlagiery XX w." Koncert zorganizowała Polskie Centrum Kultury "Świetlica Polska". Cała impreza miała spory rozmach i wzięli w niej udział muzycy z różnych innych centrów narodowych. Poziom wokalny był dużo lepszy niż się spodziewałem. Przybyło również wielu widzów, którzy szczelnie zapełnili "kościół dolny". Fajnie było zobaczyć i usłyszeć, jak nie-Polacy wykonują polskie hity z repertuaru Połomskiego czy Rodowicz :) BTW, w następny weekend mamy koncert Skaldów :D Oczywiście się wybieram!! :D

Zresztą oceńcie sami:







* * *

BTW. Od dawna zabierałem się do obejrzenia filmu K. Zanussiego „Persona non grata”, jak zresztą do dziesiątków innych filmów, na co brakuje po prostu czasu. Okazało się jednak, że film ten ma pan Radca i pewnego wieczora przysiedliśmy do niego. Świetny film, zarówno od strony fabuły, jak i gry aktorskiej (Zapasiewicz, Stuhr, Michałkow, Chyra – to chyba sporo tłumaczy) czy muzyki. Poza tym gratka dla każdego, kto miał okazję przyjrzeć się z bliska funkcjonowaniu placówki dyplomatycznej – można zobaczyć sporo sytuacji znanych z rzeczywistości lub do niej podobnych. Polecam obejrzeć ten film!

BTW od BTW. Pan Radca kupił w tym tygodniu arcyciekawą książkę (i to nie w jakimś kiosku, lecz jednej z lepszych księgarń Taszkentu) pt. „Polska – «pies łańcuchowy» Zachodu”. Pierwszy rozdział: „Narodziny Szakala”. Ostatnie dwa wieczory urozmaicaliśmy sobie czytaniem na głos rozdziału o okresie rewolucji i Międzywojnia. Śmiechu było co nie miara. Autor wszędzie widzi robotę polskich szpiegów. Korpus Polski gen. Dowbór-Muśnickiego to zakonspirowana polska armia, która została utworzona tylko po to, by sabotować zmagania carskiej armii i przy najbliższej okazji wbić nóż w plecy Rosjanom. Najlepszy jest jednak fragment, w którym autor próbuje przemycić myśl, iż CzeKa (Czriezwyczajnaja Komissija po Borbie s Kontrriewolucyjej i Sabotażom), poprzedniczka GPU, OGPU, NKWD i KGB) była niejako agenturą POW (Polska Organizacja Wojskowa), służącą w ogromnej mierze infiltracji radzieckich władz i społeczeństwa, dywersji na terenie Kraju Rad oraz przygotowywaniu polskiej interwencji zbrojnej skierowanej przeciwko ojczyźnie proletariatu. Nie możemy wszak zapominać, że na czele Czerezzwyczajki stał najpierw Feliks Edmundowicz Dzierżyński a po nim Wiaczesław Rudolfowicz Mienżynski – obaj byli polskim szlachcicami! Najsprawniejszym agentem POW w ZSRR był jednak Józef Stanisławowicz Unszlicht (znany z Polrewkomu). Inne asy polskiego wywiadu to Michał Karłowicz Lewandowski (zdobywca Azerbejdżanu) czy niejaki Łągwa (nie z Ich Troje :P ). Najlepszą przykrywką dla polskiego wywiadu miała być oczywiście KPP (Komunistyczna Partia Polski)! Każdy, kto ma trochę oleju w głowie i wie czym była CzeKa, jakimi ludźmi był Dzierżyński i jego kompani oraz czemu służyła KPP, nie wymyśliłby takiej bzdury, no chyba że w jakimś antypolskim zaślepieniu. Czytając to wszystko trudno opanować się od śmiechu, ale po czasie przychodzi refleksja – zapewne wielu czytelników tego quasi-naukowego dzieła weźmie przedstawione w nim informacje za prawdziwe i uzupełniając swoją wiedzę o Polsce w oparciu o inne podobne jemu paszkwile, o które przecież wcale nie trudno na rosyjskim rynku wydawniczym, w rosyjskiej prasie, telewizji czy Internecie, zacznie myśleć o naszym kraju i jego mieszkańcach, jak o śmiertelnym i istniejącym od zarania dziejów zagrożeniu.
A z zagrożeniami trzeba walczyć. Tak rodzi się szowinizm narodowy…

niedziela, 25 października 2009

Polska złota jesień…


No to jutro mijają dwa tygodnie
mojego pobytu w Taszkencie. :) Bardzo szybko zeszło… Za szybko… Aż strach się bać, że pozostały czas również może zlecieć tak prędko…

To chyba wynik tego, że w pracy tutaj sporo czasu spędzam a poza tym, jak człowiek szczęśliwy, to czas mu błyskawicznie leci… Tak – świetnie jest być znów w Taszkencie… Już samo to nastraja człowieka optymistycznie do życia a jak do tego dodamy fajną atmosferę w pracy, świetne warunki życia oraz rewelacyjną pogodę na zewnątrz, to czego chcieć od życia więcej – no może imprez troszku brakuje… ;)

Ale po kolei – o praktyce w ambasadzie nie będę się rozpisywać, bo będąc na służbie Najjaśniejszej obwiązuje mnie tajemnica ;) To oczywiście żart, bo jako student nie jestem przecież dopuszczany do żadnych sekretów. Moje „stanowisko”, to asystent szefa placówki. Radca jest wymagający i surowy w ocenie dokonań podwładnych, ale nie przeszkadza mi to – wręcz przeciwnie :) W pracy dużo przebywam – od rana do 5 popołudniu lub nawet dłużej. Poza tym często zdarza się zabierać robotę do rezydencji, gdzie jeszcze, w luźniejszej atmosferze, pracujemy po godzinach. Ponadto zdarza się pracować w weekend. Dotychczas były dwa weekendy i w każdy spędziłem jeden dzień w ambasadzie. Niestety zadań nie mam tak dużo, jak myślałem i jakbym chciał… Czasami po prostu się nudzę – przynajmniej moje przygotowania do magisterki o Karabachu ruszyły żwawiej, bo w wolnych chwilach opracowuję sobie zabrane z domu materiały ;) Moje zadania sprowadzają się do pisania clarisów, czyli robienia tzw. prasówki na potrzeby MSZ. Poza tym wyszukuję potrzebnych info w sieci oraz notuję to, co szef każe… Mieszkam wraz z szefem i jego żoną w rezydencji. Warunki są wyśmienite a poza tym atmosfera w domu jest bardzo fajna. Niemniej jednak jutro zmieniam lokal na okres jednego tygodnia – będę mieszkał sam w mieszkaniu wynajmowanym przez ambasadę. Następnie, w związku z przylotem aplikantki na staż, wracam do rezydencji. Wot, takije roszady…

Jest spora szansa, że 1 listopada pojadę do Tadżykistanu w związku z toczącymi się tam rozmowami między delegacją polskiego MSZ a MSZ Tadżykistanu. Nie żebym w nich uczestniczył… nawet w charakterze asystenta radcy ;) Jadę bardziej dla towarzystwa i dzięki uprzejmości radcy. Cieszę się, bo będę miał czas pozwiedzać sobie dokładniej Duszanbe a może i coś w okolicach ;) Po drodze przewidziane jest zwiedzanie polskich cmentarzy w Szachrisabz i Guzarze – są one pokłosiem ewakuacji Armii Polskiej gen. Andersa z ZSRR. W drodze powrotnej przewidziano zaś spotkanie z Polonią w Samarkandzie. Strasznie jestem ciekaw tych spotkań. Bowiem podczas dotychczasowych wyjazdów do b. ZSRR nie udało mi się spotkać wielu osiadłych tam Polaków (no może poza Lwowem i jednym przypadkiem w Karabachu oraz Taszkencie). A tutaj taka gratka – możliwość spotkania z Polakami świadomymi swej narodowości, zrzeszonymi nawet w organizacje :) A propos organizacji polonijnych… Jak mówi pagaworka – „gdzie dwóch Polaków, tam trzy partie” – w Uzbekistanie działa pięć organizacji polonijnych, które oczywiście nie żyją ze sobą w najlepszych stosunkach ;) To jest chyba najlepszy dowód, że organizacje skupiają najprawdziwszych Polaków :P BTW trwają starania o powołanie organizacji polonijnej w Tadżykistanie – ciekawe ile czasu mienie zanim pojawi się „opozycja” dla niej ;)

Pogoda tutaj jest wprost rewelacyjna – typowa polska złota jesień. Słoneczko grzeje, na niebie ni jednej chmurki, a zielony Taszkent nabiera złoto-czerwonych barw!! Szczególnie to raduje, jak człowiek widzi w TV, że w PL atak zimy – kraj sparaliżowany a kilka tysięcy gospodarstw jeszcze kilka dni po ataku pozostawało odciętych od energii elektrycznej… A tutaj z prądem problemów nie ma!! No może poza paroma króciutkimi blackout’ami. I gdzie jest Trzeci Świat? :P


Aha: Gulnara zakończyła budowę swego monumentalnego „pałacu”. Oto efekt:


środa, 26 sierpnia 2009

Uzbekistan, czyli Taszkentczyk wraca do domu


Uzbekistan przywitał nas ostrym trzepandem na granicy. Odprawa szła bardzo wolno, gdyż każdy samochód przechodził szczegółową kontrolę. Polegała ona na wytaszczeniu wszystkiego z auta i poddaniu prześwietleniu falami rentgenowskim, wpuszczeniu psa poszukującego narkotyków do wnętrza pojazdu oraz dokładnej rewizji maszyny przez pograniczników. W przypadku obywateli tadżyckich kontrola była poszerzona o odkręcanie po kolei wszystkich kół oraz foteli celem ich prześwietlenia (sic!). Niestety przed nami na granicę wjechał jeden pojazd na tadżyckich numerach, co istotnie wydłużyło czas naszego oczekiwania. Gdy przyszła nasza pora, troszkę się obawialiśmy, iż celnicy każą nam poodkręcać koła i też będzie mega-trzepando. Na szczęście takie „przyjemności” oferowano jedynie Tadżykom. Nam polecono „tylko” wynieść wszystkie graty – a było tego mnóstwo oraz wpuszczono owczarka niemieckiego do wnętrza auta. Podejrzenia celników wzbudziła oczywiście ziemia i krowie odchody, ale dali się przekonać, że nie zawiera ona nic podejrzanego, oraz małe pojemniki, w które zbieraliśmy owady (aaa! Bo oprócz ziemi zbieraliśmy także owady i pająki). Ostatecznie po prawie godzinnej rewizji wyruszyliśmy w stronę Taszkentu.

Sam wjazd do miasta wzbudził we mnie spore emocje, gdyż wjeżdżaliśmy od strony ulicy Fergona, którą poznałem po jadącym tramwaju nr 13 oraz autobusie nr 93! Fergona to ulica, której odcinek „dolny” przemierzałem setki razy na trasie akademik – centrum miasta. I rzeczywiście po chwili znaleźliśmy się w dobrze mi znanej okolicy: Risowyj bazar, więzienie dla kobiet, no i oczywiście widoczny z pewnego oddalenia mój akademik! Pierwsze kroki skierowaliśmy do ambasady kazachskiej, gdzie Sokoły potrzebowały wyrobić wizę tranzytową na drogę do Polski. Następnie ruszyliśmy w poszukiwaniu taniego miejsca noclegowego. Zeszło nam na tym sporo czasu. Okazało się, że z tanich noclegowni wolne pokoje są jedynie w słynnej Hadrze. Słynnej, bo uchodzącej za największą norę w Taszkencie. W rzeczywistości pokoje nie są takie złe, natomiast łazienki pozostawiają sporo do życzenia, o obsłudze już nie wspominając! Praktycznie „na dzień dobry” pokłóciłem się z dyżurną, która sprawiała wrażenie, jakby pracę w hotelu odbywała w ramach jakiegoś wyroku.

Wieczorem umówiliśmy się natomiast na spotkanie w Elvisie z Aliną, Olgą, Julią i Zamirą. Wspaniale było odwiedzić ponownie ulubiony bar w Taszkencie. Niestety moi towarzysze ze względu na zmęczenie bądź konieczność stawienia się o godzinie 4 rano w kolejce do ambasady kazachskiej nie zechcieli mi towarzyszyć w dalszym balowaniu, wobec czego Taszkentczyk, po odprowadzeniu na lotnisko wracających już do domu Radzimów, musiał udać się sam na dalsze nocne wojaże :) Dołączyłem do Aliny i Zamiry, które bawiły już w Elipsie i tam przesiedzieliśmy praktycznie do 4 nad ranem :)



Kolejnego dnia ciężko było mi coś się podnieść, ale do 12 dałem jakoś radę ;) W pierwszym rzędzie udaliśmy się oprawić moją magisterkę a potem na uniwerek, gdzie przedłożyłem pracę. Następnie, wybraliśmy się po Alinę i na krótkie zwiedzanie Taszkentu: medresa Kulkedasz, meczet piątkowy, muzeum narodowe. W międzyczasie po małych przebojach wysłaliśmy próbki ziemi do Polski – jak się okazało ta paczka również doszła!!

Jako że powoli zbliżał się wieczór postanowiliśmy coś zjeść – najlepszym miejscem wydawała się rosyjska restauracja Jołki-Pałki. Podjeżdżając pod lokal wpadliśmy wprost w łapy GAIsznika, czyli milicjanta drogówki. Ten przyczepił się naszych zaciemnionych szyb z tyłu furki. Wydawało się to dziwne, bo przejechaliśmy już po drodze do Taszkentu kilka postów milicyjnych oraz mijaliśmy kilku milicjantów w samej stolicy i nikt nie zwrócił nam uwagi, że coś jest nie tak z naszym samochodem. Zaczęliśmy mu tłumaczyć, że my już praktycznie wyjeżdżamy z Uzbekistanu (co nie było prawdą) i po co nas karać. On kazał jednak ściągać folię, co bez żadnych detergentów nie było możliwe. Poza tym zapowiedział, że maszyna zostanie „aresztowana” i zabrana na „sztrafplościadkę”. Tam po ściągnięciu folii uregulujemy mandat oraz rachunek za holowanie i parking milicyjny. Byliśmy pewni, że facet chce wymusić łapówkę, więc zaproponowaliśmy, że „zapłacimy mandat na miejscu”. On z uśmiechem na twarzy odrzekł, że nie może pobierać tak wysokich mandatów. Spróbowaliśmy raz jeszcze używając magicznego zaklęcia, które zazwyczaj wypowiada strona wymuszająca łapówkę: „szto nam nada diełać?”. Odpowiedź była szokująca: „milczeć i czekać, samochód jedzie na parking”! Milicjant wyjął notes i zaczął sporządzać protokół przejęcia Tranzitozwierza. Wezwał nawet w tym celu przypadkowego przechodnia na świadka. Zaczęliśmy go wręcz prosić o zlitowanie tłumacząc, że po co mu i nam problemy – gość odrzekł z rozbrajającym uśmiechem na twarzy: „problem to wy macie, ja mam rezultat”! W tej sytuacji nie pozostało nic innego, jak sięgnąć po telefon i zadzwonić do konsulatu. Niestety mój telefon był rozładowany, dlatego wlazłem z nim i ładowarką do restauracji i poprosiłem o podłączenie do sieci. Przedzwoniłem do konsulatu i przedstawiłem sprawę. Jak nas poinformowano, najprawdopodobniej taki przepis, który zakazywałby zaciemniania szyb nie istnieje. Poza tym poradzono nam zagrać z GAIsznikiem „na ostro”: zażądać podania numeru służbowego, imienia i nazwiska. Podbudowany wróciłem na miejsce i żądam pokazania mi przepisu, na który powołuje się milicjant. On z uśmiechem na twarzy wyjmuje kodeks i wskazuje na któryś z artykułów. Zbity z pantałyku odpieram, że kodeks jest po uzbecku i nie rozumiem ani słowa. On proponuje zatrzymać więc przechodnia, którego mogę sobie sam wybrać i poproszenie o przetłumaczenie przepisu. Tak też czynię. Prawda jest brutalna: przechodzień potwierdza słowa milicjanta. Gdy GAIsznik na chwilę odchodzi, by kogoś zatrzymać, objaśniam przypadkowemu kierowcy, co nas spotkało i pytam, czego ów milicjant może chcieć. Kierowca przyznał, ze sytuacja jest dziwna, ale nie zawadzi jeszcze raz zaproponować dodatek do pensji. Gdy milicjant wraca chwytam się ostatniej deski ratunku i proszę go o podanie numeru służbowego, imienia oraz nazwiska a także oświadczam, że nie wydamy samochodu bez rozmowy z jego naczelnikiem. Milicjant oznajmia, że nie ma problemu i pyta się do kogo telefonowałem, gdy wyszedłem do restauracji. Nie przyznaję się. GAIsznik odchodzi na bok i po chwili woła mnie do siebie. Z niezmiennym uśmiechem na twarzy oddaje mi dokumenty wozu oraz prawo jazdy Kuby i oddala się. Dziwne to wszystko, ale chyba facet uświadomił sobie, że kontaktowaliśmy się z konsulatem i w razie zabrania maszyny być może miałby do wypisywania sporo dodatkowych raportów, więc mu się odechciało. Oczywiście, jak zawsze najśmieszniejsze jest uzasadnienie tego absurdalnego przepisu o zakazie zaciemniania szyb: przecież we wnętrzu samochodu mogą być terroryści! A co gdy samochód ma zabudowaną pakę? Tam terrorystów być już nie może? Swoją drogą ciekawe, co by wymyślili, gdyby nasz samochód miał po prostu czarne szyby a nie tylko naklejki? Kazali by wymieniać okna? :P

Po takiej przygodzie przepyszne żarcie w Jołki-Pałki jeszcze bardziej smakowało ;) Po nasyceniu głodu, gdy wychodziliśmy z restauracji zapadał już zmrok. Wyruszyliśmy w kierunku Samarkandy. Mieliśmy świadomość, że za czasów sowieckich autostrada do Samarkandy przechodziła na odcinku 20 km przez Kazachską SRR, dziś niepodległy Kazachstan, wobec czego wiedzieliśmy, iż musimy odbić w pewnym momencie na Gulistan. Jednak jazda w ciemnościach okazała się zdradziecka i po pewnym czasie dojechaliśmy do posterunku milicyjnego, gdzie panowie oznajmili nam, że tu już jest granica z Kazachstanem i bez wiz dalej jechać nie można. Wracać na trasę już nam się nie chciało, tym bardziej, że było późno. Spytaliśmy się milicjantów, którzy byli bardzo sympatyczni, czy możemy rozbić namiot przy ich posterunku. Oni wyrazili zgodę i poczęstowali nas jeszcze herbatą.

Kolejnego dnia wstaliśmy rano, wykąpaliśmy się i posililiśmy na milicyjnym posterunku i ruszyliśmy dalej do Samarkandy. Na miejsce dotarliśmy po kilku godzinach jazdy. W pierwszy rzędzie udaliśmy się na zwiedzanie obserwatorium astronomicznego Ulug-beka. Wstęp był zdecydowanie za drogi – zresztą z tego względu nie zdecydowaliśmy się zwiedzać tegoż przybytku, podczas mojej poprzedniej wizyty w Samarkandzie. Z samego obserwatorium niewiele się zachowało a pobliskie muzeum jest więcej niż skromne. Kolejną atrakcją były mauzolea Timurydów Szach-i-Zinda. (nie rozpisuję się tu więcej o samych zabytkach, uczyniłem to bowiem we wcześniejszym poście kwietniowym). Tam dołączyli do nas Elbek, Rem oraz ich kolega z Petersburga. Na parkingu spotkaliśmy Katalończyków uczestniczących w imprezie Mongol Rally. Poznać ich szło między innymi po tym, że jako Katalończycy wydrapali literkę E ze swych numerów rejestracyjnych. Mongol Rally to impreza polegająca na przejechaniu samochodem z Europy do Mongolii i podarowaniu auta miejscowym. W akcji uczestniczyły setki ekip – my sami w ciągu najbliższych kilku dni spotkaliśmy na naszej trasie co najmniej dwadzieścia samochodów oznakowanych, jako uczestniczące w Mongol Rally. Następnie pojechaliśmy na bazar i pod meczet oraz mauzoleum Bibi-Chanum. Kolejną zaś atrakcją były zabytki Registanu oraz mauzoleum Gur-i-Amir, gdzie złożone są m.in. szczątki Tamerlana. Po zwiedzaniu udaliśmy się całą grupą na piwo do pubu, gdzie dołączył do nas Zafar. Następnie ruszyliśmy nad jezioro, gdzie mieliśmy przenocować. Niestety milicja zatrzymała nas na poście i oznajmiono nam, że takie mikroautobusy, jak nasz Tranzicior nie mogą jechać dalej. Nic nie pomogło tłumaczenie, że nasz samochód jest zarejestrowany jako osobówka. Zresztą na dobrą sprawę wcale mnie to nie dziwi ;) Zafar zaproponował więc inne miejsce nad rzeką, do którego drogę znał tylko jego kuzyn. Miejsce było oddalone do Samarkandy o jakieś 30 kilometrów i niestety okazało się dużo gorsze od zapowiadanego kąpieliska. Trudno, jakoś pogodziliśmy się z tym faktem i oddaliśmy się wieczornym przyjemnościom typowym dla takich okoliczności przyrody. Po jakimś czasie Krzychu zaczął udowadniać Alinie, że wszystkie zabytki Wilna wybudowali Polacy i że Wilno to polskie miasto. Konkluzją tej całej rozmowy było stwierdzenie, że miastami polskimi jest także Berlin, Londyn, Wiedeń i Praga! :P

Kolejnego dnia ruszyliśmy do Buchary. Całą trasę praktycznie przespałem, więc za dużo nie pamiętam poza tym, że na początku prowadził Kuba i średnio co kilkanaście kilometrów byliśmy zatrzymywani przez milicję za przekraczanie szybkości, co trzepało nas niestety po kieszeniach i zabierało cenny czas. Zdenerwowana już tym Ania zarządziła zmianę za kółkiem i od tego czasu nie dostaliśmy już żadnego mandatu a zatrzymywaliśmy się tylko na stałych posterunkach i nawet jak Ania przekroczyła prędkość, to i tak nam się zawszee upiekło ;)

Buchara okazała się być dla mnie najpiękniejszym uzbeckim zabytkowym miastem. Zabytki nie są bowiem tak „odpicowane” a zarazem wyobcowane z otaczającej architektury, jak w Samarkandzie. Są natomiast rozlokowane w większości w starym mieście, które jest zamieszkane w dalszym ciągu przez zwykłych ludzi. Daje to klimat większej autentyczności miejsca – podobnie, jak w Chiwie, tyle że tam cała zabytkowa strefa wyodrębnia się od reszty miasta murem obronnym. Tymczasem w Bucharze miasto tworzy niejako jeden organizm, w którym zabytki płynnie przechodzą w nowocześniejszą architekturę i nie są zapaskudzone sąsiedztwem żelbetowych potworków, jak np. samarkandzki Registan. W Bucharze w pierwszej kolejności odwiedziliśmy Ark – pałac emira, który jednak w większości jest pokryty ruinami, nie został bowiem odbudowany po ataku Armii Czerwonej z 1920 roku. Na terenie pałacu znajduje się kilka małych muzeów. Naprzeciw zaś wejścia głownego została wybudowana w 1927 roku wieża ciśnień. Konstrukcja ma 33 metry i stanowi doskonały punkt widokowy, jeśli tylko ufa się jej budowniczym i konserwatorom ;)

W dalszej kolejności udaliśmy się do centrum, na plac Lyabi-Hauz i zwiedziliśmy zabytki położone w jego okolicy oraz udaliśmy się na posiłek. Alina, licząc się z tym, że zbliża się jej przedostatni weekend w trakcie pobytu w Uzbekistanie i że Bóg jeden raczy wiedzieć, kiedy pojawi się w Uzbe ponownie oraz, że możemy mieć problemy z dotarciem nad Morzem Aralskie, postanowiła wracać do Taszkentu pociągiem. Kupiła bilet i odprowadziliśmy ją na marszrutkę. Myśmy zaś zdecydowali się jeszcze zwiedzić synagogę, po której oprowadził nas miejscowy rabin (w sumie to nie wiem czy był rabinem, ale wersja, że jednak był, bardziej mi się podoba :P ), opowiadając historię Żydów bucharskich. Następnie udaliśmy się jeszcze pod meczet Kalon, kończąc w ten sposób zwiedzanie Buchary.

Po odwiedzinach u wulkanizatora, ruszyliśmy w kierunku Urgenczu. Postanowiliśmy, że w pierwszej kolejności pojedziemy nad Jezioro Aralskie a właściwie to w miejsce, które kiedyś było nad brzegiem jeziora, czyli do Mojnaku, natomiast Chiwę zostawiliśmy sobie na drogę powrotną. W tym celu musieliśmy jednak jeździć co najmniej do godziny 12 w nocy. Noclegi spędzaliśmy na pustyni, czyli w przepięknych okolicznościach przyrody :)

Kolejnego dnia pocisnęliśmy aż do samego Mojnaku. I tutaj ważna uwaga: za Nukusem nie uświadczy się już stacji benzynowych, wobec czego trzeba o paliwo zadbać wcześniej. Myśmy tak nie uczynili i do Mojnaku dotarliśmy na oparach, licząc że coś uda się załatwić na miejscu. Jedyna stacja benzynowa miała jednak puste dystrybutory. W tej pozornie dramatycznej sytuacji, po kilku nieudanych próbach załatwienia benzyny m.in. od kierowcy autobusu, poradziliśmy sobie jednak wyśmienicie. Miejscowy chłopak zabrał nas do sowchozu, tudzież kołchozu – nie pytaliśmy o stosunki właścicielskie tam panujące ;) – gdzie inny facet nalał nam trochę magicznego płynu do poruszania traktorów i kombajnów :P Zaspokoiwszy głód Tranzitozwierza mogliśmy udać się na cmentarzysko okrętów…



Tym terminem określa się symboliczne miejsce, w którym zgromadzono pordzewiałe kutry dawnej aralskiej floty rybackiej. Statki leżą na dawnym dnie jeziora, które dziś jest wyłącznie pustynią. Stróż, który pilnuje tego złomowiska, opowiedział historię Mojnaku. Sam doskonale pamięta czasy, gdy miasto ze wszystkich stron było otoczone wodami jeziora. Nawet nietrudno to sobie wyobrazić widząc wysokie klify, stanowiące niegdyś brzeg zbiornika. Opowiedział, jak budowano hotele i restauracje, po których dziś nie ma śladu, jak dojeżdżał do miejsca swej pracy, a zajmował się tym, czym większość mieszkańców Mojnaku – pracą na kutrach oraz przetwórstwem ryb. Opowiadał, jak brzeg jeziora w latach 60. zaczął się oddalać, by pod koniec lat 70. nie być już w ogóle widocznym z miasta i jak na początku lat 80. dano spokój wszelkim próbom przekopywania kanałów dla kutrów, by nadal mogły wypływać z Mojnaku na pełne wody jeziora, oddalonego wówczas już o kilkadziesiąt kilometrów. Dziś Mojnak znajduje się ponad 150 km od brzegu a same miasteczko pogrążone jest w marazmie, spowodowanym zapaścią gospodarczą. Rozpytaliśmy się o możliwość dotarcia na współczesny brzeg jeziora – pomysł jechania Tranziciorem „na krechę” do brzegu byłby bowiem dość niepoważny ;) A może i fatalny w skutkach przez wzgląd na ewentualne ruchome pisaki… Jak nam powiedziano dostanie się na brzeg jeziora jest możliwe, ale wyłącznie z miejscowym, który zna drogę oraz dysponuje dobrą ciężarówką. Tak czy siak udało nam się wykąpać się w „jeziorze Aralskim”, a właściwie to w takim małym przydrożnym jeziorku-bajorku, którym musieliśmy się podzielić z pasącym się obok stadem rogacizny :P

Zadowoleni z wizyty w scenerii rodem z Fallout’u, ruszyliśmy w drogę powrotną z zamiarem postoju dłuższego w Chiwie. Po drodze spotkała nas niemała atrakcja: za Nukusem dostrzegliśmy stojący na środku pustyni samolot! Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie spróbowali podjechać bliżej. Na szczęście okazało się, że jest droga, a przy niej znak: „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony!”. Wydaliśmy więc sobie upoważnienie i pojechaliśmy dalej, pod sam samolot. Obok samolotu stały puste budynki oraz wagony kolejowe a w oddali były widoczne kolejne zabudowania i namioty. Zrozumieliśmy, że trafiliśmy na coś w rodzaju poligonu służb specjalnych. Szybkie foty i wsteczny!

Przed Urgenczem powtórzyła się historia z paliwem. Po przejechaniu 60km na rezerwie, trafiliśmy w końcu na stację benzynową. Niestety była ona dopiero w budowie, ale majstrowie zadzwonili po odsiecz i po chwili na Iżu podjechał „benzyniarz” i zaproponował biznes. Uzgodniliśmy cenę i po chwili na kolejnym Iżu, tym razem wózkowym, podjechało dwóch chłopa z kanistrami! Tak to działa w Uzbe :)

Przekroczyliśmy most pontonowy na Amu-Darii i dotarliśmy do Chiwy, gdzie spędziliśmy kilka ładnych godzin, podziwiając zabudowę Itczan Kala. Wieczorem wyruszyliśmy w stronę Taszkentu. Wybraliśmy nieopatrznie jednak drogę, która była w złym stanie i do tego pełna Nazguli – zazwyczaj traktorów, ale i ZiŁów, z wyłączonymi światłami… Amu-Darię przekroczyliśmy na ciekawym moście drogowo-kolejowym, na którym ruch samochodowy jest zatrzymywany na czas przejazdu przezeń pociągu.

Gdy zaczął zapadać zmrok oczom naszym ukazała się dziwna poświata na horyzoncie. Początkowo myśleliśmy, że to może nisko zawieszony księżyc. Po kilkunastu minutach jednak okazało się, że musi to być wielki pożar, gdyż księżyc pojawił się obok łuny. Na jednym z posterunków spytaliśmy milicjanta cóż to za poświata na horyzoncie – odparł, że to płonie turkmeński gazociąg położony jakieś 15 kilometrów od miejsca, w którym się znajdowaliśmy. Okazało się jednak, że milicjant nie miał najlepszych informacji. Po kilkunastu dalszych minutach jazdy – poświata pojawiła się na wprost naszego pojazdu – nie było więc już za bardzo możliwe, iż znajduje się ona na terytorium Turkmenistanu, gdyż jechaliśmy cały czas równolegle do granicy tego państwa. Po przejechaniu kolejnego odcinka drogi nie było już wątpliwości, że mamy do czynienia z pożarem, gdyż łuna wyraźnie zaczęła pulsować. Musieliśmy jeszcze przejechać ładne kilkadziesiąt kilometrów, by dojechać do źródła ognia, które okazało się być rozlokowane tuż przy naszej drodze. Pożar był na tyle potężny, że widzieliśmy go już z dystansu prawie 100 kilometrów! Płonął oczywiście gaz wydając przy tym niesamowity, huczący dźwięk. Nie udało nam się stwierdzić, czy był to pożar rurociągu czy też naturalny wyciek gazu, który został podpalony. Wynikało to z faktu, że pożar miał miejsce w małej niecce, do której krawędzi podejście nie było możliwe. Ba, nawet zbliżenie się na odległość 50 metrów było trudne ze względu na podmuchy rozgrzanego powietrza. Odjechaliśmy jakieś 20 kilometrów od pożaru i położyliśmy się spać na pustyni rozświetlanej pożarem gazu!



Kolejny dzień praktycznie cały spędziliśmy w podróży, albowiem zależało nam, by dostać się, jak najprędzej do Taszkentu. Łudziliśmy się, że może uda nam się jeszcze wykorzystać ostatni dzień dla sprzedaży samochodu. Jedyną atrakcją po drodze były kontrole milicyjne oraz pyszny obiad. Antyatrakcjami zaś upał panujący we wnętrzu wozu, gdzie odnotowaliśmy 60°C pod przednią szybą i 40°C w najbardziej przewiewnym miejscu, oraz eksplozja opony, która nie wytrzymała ze starości i upału. Do Taszkentu dotarliśmy około 22. W hotelu Hadra nie mieli miejsc, więc odesłali nas do innego przybytku. Tam jednak się okazało, że nie mogą nas zameldować, gdyż nie mieliśmy registracji. Otóż okazuje się, że w Uzbekistanie należy się rejestrować co każde trzy dni a po przekroczeniu tego terminu żaden hotel nie ma prawa przyjąć człowieka dopóki ten nie uiści mandatu! Niemniej jednak facet z recepcji był na tyle miły, że pozwolił nam rozbić namioty na tyłach hotelu i zaparkować samochód na hotelowym parkingu. Do godziny 3 nad ranem pucowaliśmy naszego Transita, mając na uwadze planowaną wizytę na giełdzie samochodowej dnia następnego. Niestety następnym dniem był poniedziałek, a giełda w poniedziałki nie działa :/ Postanowiliśmy jednak spróbować. Oddaliśmy dodatkowo do czyszczenia samochód na myjnie i udaliśmy się na avtorynok. Tam jednak wszystkie nasze nadzieje zostały rozwiane. Przez wzgląd na brak uregulowanych kwestii celnych nikt nie chciał kupić samochodu. Próbowaliśmy jeszcze pogadać z „marszrutkowcami”, ale też poza ogólnym zainteresowaniem nie było chęci zakupu z ich strony. Następnie udaliśmy się do dziewczyn do mieszkania, celem ogarnięcia się. Zajęło to oczywiście trochę czasu. Wieczorem mieliśmy plan pójść do restauracji na wieży telewizyjnej – obiecuję to sobie od początku mojego pobytu w Taszkencie, czyli od stycznia, ale ciągle jakoś mi się nie udawało i tym razem również się nie powiodło… Restauracja w poniedziałki nie pracuje :( Miejmy nadzieję, że co się odwlecze, to nie uciecze. Na kolację wybraliśmy się ostatecznie do Sim-sim – również bardzo fajnej knajpki. Następnie pojechaliśmy do parku, gdzie dołączyliśmy do Ibrahima oraz Rema. Około 1 w nocy musieliśmy jednak przenosić się na lotnisko, skąd odlatywaliśmy z Krzysztofem do Rygi.

Tak się skończyła nasza eskapada do Azji Centralnej… Pozostała jednak siła wspomnień :)


piątek, 22 maja 2009

Topfa, topfa. Wyczofujemy sze, ale ufaka, my tu jeszcze frócimy…*


Cudowna bajka pod tytułem „Wielkopolanin w Taszkencie” została zawieszona. Taszkentczyk dotarł do Polski. Ale jak do tego doszło?


Ostatnie dwa tygodnie pobytu w Taszkencie przeszły pod znakiem nauki i przygotowań do egzaminów. Najbardziej obawiałem się Managerial Accounting a okazało się, że wyszedłem z Sali egzaminacyjnej wcale zadowolony! Skupiłem się na matematycznej części egzaminu – wybierając do rozwiązania wszystkie zadania, które były możliwe: Ratio Analysis, Traditional Costing, Investment Appraisal i Budgeting. Czasu (mimo, że były to aż 3 godziny) było zdecydowanie za mało i zdołałem rozwiązać jedynie 80% egzaminu, ale jeśli to wszystko będzie dobrze, to egzam będzie na „plus dodatni”. Drugi egzamin był z International Economy i nie powiem, bym przygotował się na niego w stopniu wystarczającym – z teorią ekonomii zawsze było mi nie po drodze a poza tym na trzy dni przed egzaminem przyjechał do Taszkentu Peder (strona www) – szwedzki podróżnik, który na rowerze wyruszył w lipcu zeszłego roku z Rygi, by dotrzeć do Chin – do Szanghaju albo Pekinu. Aż 9-10 miesięcy zabrało mu dotarcie do Taszkentu, ponieważ jego trasa nie wiedzie „po prostej” – dość wspomnieć, że zawitał „po drodze” do Etiopii ;) Peder wprowadził się do mnie na cztery dni do akademika, wzbudzając nerwowość wśród ochrony – jak zwykle bojącej się podpaść wszechwładnej kierowniczce… Na ten czas do mojego pokoju wprowadził się też Ibragim. Wszystkie te okoliczności spowodowały, że czas na naukę skurczył się bardzo a do tego tryb „leń” się szybko załączył. Poza tym spodziewałem się, że na egzaminie będą jakieś zadania kalkulacyjne i matematyką się trochę podeprę a tymczasem egzamin był czysto deskryptywny :/ Wisi więc nade mną wielki znak zapytania „Zdam czy nie zdam?” Jeśli przeważy druga opcja, to będę musiał skrócić swoje wakacje, by udać się na sesję poprawkową :/

Po egzaminie szybko wróciłem do akademika, gdzie metodą last minute panic packing (czyli standardową i zapewne podświadomie ulubioną) dokonałem zwinięcia całego majdanu w rytm moich ulubionych ruskich pieśni wygrywanych na gitarze. Końcówka była dość emocjonująca, bo odcięta została elektryczność, a więc pakowałem się po ciemku :D Następnie nadszedł czas pożegnań – było bardzo miło i wzruszająco, choć mam 100% pewności, że jeszcze się ze wszystkimi zobaczę – najpóźniej w Uzbekistanie w październiku, ale w kilku przypadkach wchodzi w rachubę również wcześniejsza „opcja europejska”.



Następnie w kolumnie dwóch Żiguli(nów) (pieszczotliwa nazwa na Ładę Żiguli) udaliśmy się na lotnisko – gdzie czekały już Olga i Martyna z Farhadem i Rustamem. Ważenie bagażu – jak wyrok – ok. 30 kg… i groźba dopłaty. Szybkie przepakowanie: 4,5 kg w postaci książek ląduje w plecaku Guillaume’a, który leciał tym samym rejsem do Rygi, 500ml najtańszej wódeczki „Toshkent” do torby Olgi, 4kg w postaci upominków do bagażu podręcznego, który z dozwolonych 6kg przeistoczył się w 10kg :)

Po przylocie do Rygi, opiekę nad nami roztoczył Anti – fiński znajomy Martyny. Odebrał nas z lotniska, ugościł i pokazał miasto. Bardzo uprzejmy i pomocny chłop! Ryga zachwyciła mnie swoją starówką, która nie jest może szczególnie duża, ale niesamowicie urokliwa z przepięknymi, odnowionymi kamienicami ustawionymi szpalerem wzdłuż wąskich uliczek. Miodzio! To, co jednak najbardziej nas uderzyło, miało miejsce gdy próbowaliśmy przekroczyć 6-pasmową jezdnię na przejściu dla pieszych! Nie uwierzycie co się stało… Kierowcy zatrzymali się przed pasami i nikt nawet nie zatrąbił!! Nadzwyczajne :P

Pamiętacie jak pisałem, że w drodze do Taszkentu a konkretnie w samolocie z Poznania do Warszawy leciałem razem z europosłem Marcinem Libcikim? W drodze powrotnej w pociągu z Warszawy do Poznania jechałem znowuż z nim :) Normalnie gdyby startował w wyborach, to musiałbym chyba na niego zagłosować… ;)

Podsumowując, dotarłem więc do kraju i, jak to zazwyczaj ze mną bywa, przeżyłem pewne rozczarowanie – ten proces zachodzi u mnie za każdym razem przy powrocie zza zagranicy – jakoś sobie człowiek idealizuje kraj lata dziecinnych i potem, jak obuchem przez ryj – żulerka w przejściach podziemnych, śmieci na trawnikach, zmurszałe krawężniki, dziury w drogach, siermiężna architektura (vide: autobusowy Dworzec Zachodni w Warszawie) itd. ;) No nic, że się powtórzę z cytatem z klasyka: „trzeba siać siać siać” :P

(…)

I tak to zleciał już tydzień od mojego powrotu… Troszku się wydarzyło w tzw. międzyczasie. Z najważniejszych rzeczy to ślub King i Maćka, przeze mnie własnoręcznym podpisem zaświadczony :P Gratulacje dla Młodych :)



Teraz nastał czas pisania projektu dla WIUT, może skubnę coś z magisterki, ponadto egzaminy na wschodoznawstwie, no i przygotowania do Wielkiego Wakacyjnego Planu, o którym więcej szczegółów w swoim czasie.

Zupdate’owałem trochę Picasę – dodając nowe zdjęcia oraz podpisy pod zdjęciami (Postaram się na przyszłość zrobić to także z katalogami z lat poprzednich...) Zapraszam serdecznie!



* …to teraz będzie taka zagadka: skąd ten cytat? :) Wujek Google chyba nie daje odpowiedzi :P

wtorek, 28 kwietnia 2009

Ostatki


Tak więc nieubłaganie zbliża się czas powrotu na umęczonej Ojczyzny łono. Pogodziłem się już z tą myślą i nawet z niejakim podnieceniem oczekuję już tego momentu, gdy wsiądę na pokład rejsu BT743 z 12 maja 2009, by potem przekroczyć granicę ze znaczkiem PL, by w końcu dotrzeć na stację kolejową Słupca Centralna :P i przemierzając senną ulicę Dworcową doczłapać się do domu, a tam spotkać się z rodzicami, bratem, babcią i… Kalą :P A następnie wesele i spotkanie z przyjaciółmi :)

Moje pogodzenie się z myślą powrotu ma chyba dwie przyczyny. Pierwsza to fakt, iż do końca mojego pobytu w Uzbekistanie (to znaczy tej części mojego pobytu, bo jeszcze tu wrócę!!) już wiele przyjemności mnie nie czeka, ponieważ jestem w trakcie sesji egzaminacyjnej i powrót do Polski będzie oderwaniem się od nauki, przynajmniej na jakiś tydzień, gdyż później czeka mnie nauka w wydaniu krajowym ;) Druga przyczyna to fakt, iż spora część towarzyszy moich uzbeckich przygód opuściła już Uzbekistan (również nie na stałe, ale jednak).
Ostatnie dwa tygodnie to okres odjazdów/odlotów wielu ludzi. Należałoby tu wymienić w kolejności odjazdów następujące osoby:

- tureccy nauczyciele akademiccy: Profesor Suavi i Murat, którzy przybyli do Taszkentu na miesiąc, by wykładać na WIUT.

Ёлки-Палки - jedna z fajniejszych restauracji w Taszkencie (Profesor, Alina, Murat).

- Egor z Odessy – autostopowicz, który podróżuje z Ukrainy przez Rosję, Kazachstan Uzbekistan, Afganistan i Pakistan do Indii a może i dalej, a którego mieliśmy zaszczyt i przyjemność gościć w naszym akademiku. Oto strona Egora. dla wszystkich zainteresowanych jego dalszymi losami.

Egor tuż przed opuszczeniem Taszkentu w drodze do Mazar-i Szarif.

- Recep – znany już czytelnikom bloga student z Turcji, który opuścił Uzbekistan w związku z egzaminami na swej alma mater w Turcji, ale z którym na pewno jeszcze się zobaczę w sierpniu lub październiku.

Z wyjazdem Recepa zbiegły się jego urodziny.

- Alina – również znana Wam studentka z Wilna, która musiała wrócić na Litwę w związku ze szkoleniem w pracy, a z którą zobaczę się tuż przed wylotem do Rygi, gdyż ona przyleci z Rygi 3 godziny przed moim odlotem ;) Dla władających językiem litewskim: blog.

W międzyczasie w odwiedziny przybyli do Taszkentu Gośka, Tomek, Paweł i Guza – czwórka Polaków, która właśnie rozpoczęła swoją wyprawę przez Azję Centralną i Chiny. Gosię i Tomka było mi dane poznać trzy lata temu podczas powrotu znad Bajkału. Jeśli jesteście zainteresowani śledzeniem ich losów, to gorąco zapraszam na ich blogi: Pawła i Tomka.

Paweł, Gosia, Tomek i Guza tuż przed odjazdem do Samarkandy.

W poprzedni weekend obchodziliśmy prawosławną Wielkanoc – były walki na jajca – znaczy kto ma silniejszą skorupę :P były bliny, grzanki, słodycze, litewski lazy cake* no i dobra atmosfera :)

(Wg wskazówek zegarka od godz. 12: Profesor, Alina, Taewoo, ja, Roman, Anvar, Pasza, Ibrahim, Olya, Zilola, Eldor.)

W zeszłym tygodniu byłem po raz pierwszy na balecie. Takim prawdziwym balecie… w teatrze znaczy się, wicie, rozumicie… Postanowiliśmy się wybrać z Guillaume’em na „Romeo i Julia” Prokofiewa. Muzyka bardzo mi się podobała, natomiast sam taniec… no cóż jakoś do mnie ten środek wyrazu za bardzo nie przemawia. Mimo to nie żałuję i z chęcią wybiorę się jeszcze kiedyś na balet :) Taki prawdziwy balet… do teatru ;)

W ostatnią niedzielę znalazłem troszkę czasu, by z polską ekipą wyrwać się na Czorsu – starą uzbecką dzielnicę z plątaniną wąskich uliczek i małych nierzadko glinianych domków poprzyklejanych jeden do drugiego.

A wracając do tematu sesji egzaminacyjnej… Dziś miałem pierwszy egzamin z International Business Policy – jakoś to poszło, ale daleki jestem od zadowolenia… Zobaczymy jaka będzie ocena. Z mojej perspektywy był to najtrudniejszy egzamin, ponieważ materia jest, jak dla mnie, mało konkretna :/ W przyszłym tygodniu Managerial Accounting i na kilka godzin przed odlotem International Economy…

Dziękuję za szeroki odzew i wszystkie miłe słowa związane z artykułem o Zonie na Onecie :)



* (ang.) leniwe ciasto – bardzo proste i szybkie do przyrządzenia.