Pokaż Taszkentczyk na większej mapie
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WIUT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WIUT. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 maja 2009

Topfa, topfa. Wyczofujemy sze, ale ufaka, my tu jeszcze frócimy…*


Cudowna bajka pod tytułem „Wielkopolanin w Taszkencie” została zawieszona. Taszkentczyk dotarł do Polski. Ale jak do tego doszło?


Ostatnie dwa tygodnie pobytu w Taszkencie przeszły pod znakiem nauki i przygotowań do egzaminów. Najbardziej obawiałem się Managerial Accounting a okazało się, że wyszedłem z Sali egzaminacyjnej wcale zadowolony! Skupiłem się na matematycznej części egzaminu – wybierając do rozwiązania wszystkie zadania, które były możliwe: Ratio Analysis, Traditional Costing, Investment Appraisal i Budgeting. Czasu (mimo, że były to aż 3 godziny) było zdecydowanie za mało i zdołałem rozwiązać jedynie 80% egzaminu, ale jeśli to wszystko będzie dobrze, to egzam będzie na „plus dodatni”. Drugi egzamin był z International Economy i nie powiem, bym przygotował się na niego w stopniu wystarczającym – z teorią ekonomii zawsze było mi nie po drodze a poza tym na trzy dni przed egzaminem przyjechał do Taszkentu Peder (strona www) – szwedzki podróżnik, który na rowerze wyruszył w lipcu zeszłego roku z Rygi, by dotrzeć do Chin – do Szanghaju albo Pekinu. Aż 9-10 miesięcy zabrało mu dotarcie do Taszkentu, ponieważ jego trasa nie wiedzie „po prostej” – dość wspomnieć, że zawitał „po drodze” do Etiopii ;) Peder wprowadził się do mnie na cztery dni do akademika, wzbudzając nerwowość wśród ochrony – jak zwykle bojącej się podpaść wszechwładnej kierowniczce… Na ten czas do mojego pokoju wprowadził się też Ibragim. Wszystkie te okoliczności spowodowały, że czas na naukę skurczył się bardzo a do tego tryb „leń” się szybko załączył. Poza tym spodziewałem się, że na egzaminie będą jakieś zadania kalkulacyjne i matematyką się trochę podeprę a tymczasem egzamin był czysto deskryptywny :/ Wisi więc nade mną wielki znak zapytania „Zdam czy nie zdam?” Jeśli przeważy druga opcja, to będę musiał skrócić swoje wakacje, by udać się na sesję poprawkową :/

Po egzaminie szybko wróciłem do akademika, gdzie metodą last minute panic packing (czyli standardową i zapewne podświadomie ulubioną) dokonałem zwinięcia całego majdanu w rytm moich ulubionych ruskich pieśni wygrywanych na gitarze. Końcówka była dość emocjonująca, bo odcięta została elektryczność, a więc pakowałem się po ciemku :D Następnie nadszedł czas pożegnań – było bardzo miło i wzruszająco, choć mam 100% pewności, że jeszcze się ze wszystkimi zobaczę – najpóźniej w Uzbekistanie w październiku, ale w kilku przypadkach wchodzi w rachubę również wcześniejsza „opcja europejska”.



Następnie w kolumnie dwóch Żiguli(nów) (pieszczotliwa nazwa na Ładę Żiguli) udaliśmy się na lotnisko – gdzie czekały już Olga i Martyna z Farhadem i Rustamem. Ważenie bagażu – jak wyrok – ok. 30 kg… i groźba dopłaty. Szybkie przepakowanie: 4,5 kg w postaci książek ląduje w plecaku Guillaume’a, który leciał tym samym rejsem do Rygi, 500ml najtańszej wódeczki „Toshkent” do torby Olgi, 4kg w postaci upominków do bagażu podręcznego, który z dozwolonych 6kg przeistoczył się w 10kg :)

Po przylocie do Rygi, opiekę nad nami roztoczył Anti – fiński znajomy Martyny. Odebrał nas z lotniska, ugościł i pokazał miasto. Bardzo uprzejmy i pomocny chłop! Ryga zachwyciła mnie swoją starówką, która nie jest może szczególnie duża, ale niesamowicie urokliwa z przepięknymi, odnowionymi kamienicami ustawionymi szpalerem wzdłuż wąskich uliczek. Miodzio! To, co jednak najbardziej nas uderzyło, miało miejsce gdy próbowaliśmy przekroczyć 6-pasmową jezdnię na przejściu dla pieszych! Nie uwierzycie co się stało… Kierowcy zatrzymali się przed pasami i nikt nawet nie zatrąbił!! Nadzwyczajne :P

Pamiętacie jak pisałem, że w drodze do Taszkentu a konkretnie w samolocie z Poznania do Warszawy leciałem razem z europosłem Marcinem Libcikim? W drodze powrotnej w pociągu z Warszawy do Poznania jechałem znowuż z nim :) Normalnie gdyby startował w wyborach, to musiałbym chyba na niego zagłosować… ;)

Podsumowując, dotarłem więc do kraju i, jak to zazwyczaj ze mną bywa, przeżyłem pewne rozczarowanie – ten proces zachodzi u mnie za każdym razem przy powrocie zza zagranicy – jakoś sobie człowiek idealizuje kraj lata dziecinnych i potem, jak obuchem przez ryj – żulerka w przejściach podziemnych, śmieci na trawnikach, zmurszałe krawężniki, dziury w drogach, siermiężna architektura (vide: autobusowy Dworzec Zachodni w Warszawie) itd. ;) No nic, że się powtórzę z cytatem z klasyka: „trzeba siać siać siać” :P

(…)

I tak to zleciał już tydzień od mojego powrotu… Troszku się wydarzyło w tzw. międzyczasie. Z najważniejszych rzeczy to ślub King i Maćka, przeze mnie własnoręcznym podpisem zaświadczony :P Gratulacje dla Młodych :)



Teraz nastał czas pisania projektu dla WIUT, może skubnę coś z magisterki, ponadto egzaminy na wschodoznawstwie, no i przygotowania do Wielkiego Wakacyjnego Planu, o którym więcej szczegółów w swoim czasie.

Zupdate’owałem trochę Picasę – dodając nowe zdjęcia oraz podpisy pod zdjęciami (Postaram się na przyszłość zrobić to także z katalogami z lat poprzednich...) Zapraszam serdecznie!



* …to teraz będzie taka zagadka: skąd ten cytat? :) Wujek Google chyba nie daje odpowiedzi :P

środa, 25 marca 2009

Chiwa


Poprzedni tydzień (a nawet ciut więcej) upłynął mi pod znakiem zwiedzania Uzbekistanu oraz pisania CW z International Economy. …ale po kolei:


W połowie semestru studenci „licencjaccy” mają tydzień przerwy od szkoły, choć teoretycznie nie od nauki, w ramach tzw. „independed guided study week”* . Mimo to większość traktuje ten okres jako wakacje a akademik pustoszeje. Samorząd Studencki WIUT każdego roku organizuje w tym czasie wycieczkę krajoznawczą dla studentów – w tym roku wybór padł na Chiwę, słynącą z najlepiej zachowanego na terenie Azji Centralnej kompleksu miejskiego z czasów „przedrosyjskich” – otoczonego murami miejskim, wewnętrznego miasta Itchan Kala.

Wraz z innymi Mundusami – Aliną i Recepem postanowiliśmy wziąć udział w wycieczce, by przypomnieć sobie czar szkolnych wycieczek autokarowych ;) Poza naszą trójką nikt z akademika nie uczestniczył w wyjeździe i resztę blisko 30-osobowej grupy stanowili, mieszkający w Taszkencie studenci WIUT – w dużej mierze dzieci polityków, biznesmenów i oligarchów ;)

Wyjechać mieliśmy o 5 rano w niedzielę, lecz niestety mieliśmy ponad godzinną obsuwę. Naszym środkiem transportu był koreański SsangYong Istana a punktem przeznaczenia – stolica wilajetu chorezmijskiego – Urgencz. Wziąwszy te dwa fakty pod uwagę – podróż była długa i w ścisku, ale tow. jabłona potrafi spać prawie w każdych warunkach (szczególnie, jeśli zawalił poprzednią nockę pracując nad coursework’iem) i zapewnić tym samym, że czas leci szybko i w miarę przyjemnie :) Alina i Recep również wykazali się podobnymi właściwościami organizmu i cały bus nam zazdrościł. ;) Drogi w Uzbekistanie nie są najgorsze, przynajmniej w relacji do moich oczekiwań. Owszem czasami zdarzają się odcinki podziurawione, ale generalnie narzekać nie można – wózek się toczy chyżo. Jedyna niedogodność to kontrole milicyjne, które wypadają średnio co półtorej godziny jazdy. Na rogatkach większych miast oraz na granicach wilajetów zostały pobudowane stałe posterunki milicyjne, na których mundurowi sprawdzają dokumenty wozu oraz osób. Dosyć upierdliwa procedura :/ Ale przynajmniej nie ma fotoradarów co każde 10 kilometrów, jak w naszej rodzinnej ziemi!!

Do Urgenczu dotarliśmy po 16 godzinach podróży (samej jazdy pewnie było 13/14 godzin – odjąwszy przerwę obiadową, przerwy na czynności mikcyjno-defekacyjne :P i kontrole milicyjne). Widoki na trasie były przepiękne, szczególnie na zachód od Buchary, gdy wkroczyliśmy na tereny pustyni Kyzył-Kum, przewalającej się raz po raz zwałami piasku przez naszą jezdnię. Niestety Amu-Darię przekraczaliśmy około godziny 22 i ze względu na egipskie ciemności nic nie było dane nam zobaczyć.



Pierwsze nasze kroki skierowaliśmy do restauracji, gdzie po kolacji spotkała mnie szczególna niespodzianka – życzenia urodzinowe od całej grupy wraz z tortem :) Po zakwaterowaniu w hotelu kontynuowaliśmy imprezę – świętowanie w polskim stylu nie cieszyło się wielką popularnością – to znaczy tylko Alina towarzyszyła mi w konsumpcji półlitrowego produktu przemysłu wódczanego (BTW była to moja druga, w rankingu najtańszych, wódka w życiu i skończyła tak, jak pierwsza – wypita jedynie do połowy ;) i zostawiona dla bardziej potrzebujących). Impreza zakończyła się dosyć szybko – po krótkim spacerze zmęczeni podróżą towarzysze poszli spać, zostawiając mnie z Aliną na placu boju. Jako że wcześniej rozmawialiśmy troszkę o ciekawych projektach podróżniczych – Alina pokazała mi książkę o wyprawie Litwinów na trasie Wilno – Taszkent, drogą południową kilkoma Mercami W123, ja postanowiłem się zrewanżować moją ulubioną „MotoSyberią” (BTW w tym roku rusza projekt „MotoSyberia Reaktywacja”!), która, co oczywiste, się spodobała ;)

Kolejnego dnia ruszyliśmy do Chiwy. Pogoda nie była naszym sojusznikiem, ale i wrogiem nazwać jej nie można. Itchan Kala zachwyciła mnie swoim pięknem i ogromem. Miasto jest świetnie zachowane i można poczuć ducha miejsca i epoki. Gdyby dorzucić do tego tradycyjne stragany (w miejsce tych z produktami „Made in China” zachwalanymi oczywiście jako „rucznaja rabota”** ) oraz wielbłądy chadzające po ulicach – byłby wypas na 14 fajerek, czy jakoś tak :P W Chiwie dominuje kolor piaskowy przetykanym mozaikami w różnych odcieniach niebieskiego, którymi pokryte są w szczególności minarety, kopuły i wnętrza portali (przepraszam, jeśli nieprawidłowo użyłem terminu). Wszystko to razem tworzy niesamowite wrażenie miasta wydartego z pustyni. Podczas zwiedzania Chiwy poszczęściło się nam tym bardziej, że trafiliśmy na wybitnie nieturystyczny okres i byliśmy praktycznie jedyną grupą zwiedzającą miasto!



Udało nam się krakowskim targiem wytargować z większością uczestników pół godziny na samodzielne zwiedzanie miasta. Dzięki temu mogliśmy podejrzeć życie zwykłych mieszkańców Itchan Kala, którzy zamieszkują, jak ich przodkowie, małe, ciasno upchane gliniane domki z wąziutkimi uliczkami. Mieliśmy możliwość odbyć bardzo ciekawą rozmowę z jednym z mieszkańców tej dzielnicy – bardzo ciekawa konfrontacja z tradycyjnym, azjatyckim i muzułmańskim postrzeganiem świata, przy tym bez żadnego zacietrzewienia i prób oceny konkurencyjnych wizji. To są takie momenty, w których ten stosunkowo najbezpieczniejszy narkotyk, jakim jest podróżowanie, bardzo silnie uderza do głowy. Poza tym udało nam się zarejestrować tradycyjny sposób wypieku lepioszki (ros. określenie na uzbecki non) – czyli uzbeckiego chleba.



Po powrocie do hotelu oddaliśmy się godzinnej drzemce, by wieczorem udać się z wizytą do uzbeckiej rodziny w Urgenczu i wziąć udział w uczcie i gotowaniu sumalaku. Sumalak to tradycyjne danie narodów Azji Centralnej przygotowywane na obchody święta Navruz. Chyba należą się tutaj dwa słowa wyjaśnienia, czym jest Navruz. Navruz to mające perskie korzenie święto Nowego Roku obchodzone przy założeniu, że ten zaczyna się wraz z pierwszym dniem wiosny, czyli w dzień równonocy wiosennej – 21 marca. Sumalak przygotowywany jest zazwyczaj przez kilka rodzin, które tworzą lokalną wspólnotę. W wielkim kotle przez 24 godziny kobiety gotują mieszaninę pszenicy, mąki, oliwy, dodając co jakiś czas wodę (co by się nie przypaliło :P ). Przy tym odprawiane są różne śpiewy, tańce, hulańce, swawole, wróżby itp. W efekcie otrzymujemy brązową, słodką maź przypominającą wyglądem, ale nie smakiem!, roztopioną czekoladę. Mnie tam to za bardzo nie podchodzi, ale cóż. Jak pisałem wcześniej przystąpiliśmy do mieszania sumalaku – obowiązkowo myśląc o jakimś życzeniu. Ledwo odeszliśmy od kotła a miejscowe kobitki podkręciły muzyczkę i heja do tańcowania :) Było wesoło :P



Po wieczerzy zapadła decyzja: udajemy się do klubu! Hmmm… czemu nie? Niestety po niecałej godzinie zabawy, która właśnie zaczynała się rozkręcać (WE temu się wymownie przysłużył) – nasi towarzysze doszli do wniosku, że „w Taszkencie są lepsze kluby, więc wracamy do hotelu” :/ Nie było nam to za bardzo w smak, więc poprosiliśmy o adres hotelu, żeby wrócić taksówką. Na to z kolei nie mogli się zgodzić nasi towarzysze, czując się za nas odpowiedzialni – było to trochę irytujące, bo traktowali nas jak dzieci… Byli jednak nieustępliwi, więc dla dobra sprawy pożegnaliśmy się z klubem, zakupując dodatkową partię WE i kontynuowaliśmy zabawę do rana w hotelu :)

Następnego dnia zdołaliśmy jedynie udać się na bazar by dokonać zakupów przed drogą powrotną a następnie przetransportowaliśmy się na dworzec kolejowy. Podróż minęła w bardzo miłej atmosferze i na ciekawych rozmowach. Do naszego przedziału dołączyła dziewczyna – córka posła do parlamentu i biznesmena – w Uzbekistanie łączenie funkcji politycznych z prowadzeniem biznesu jest również nielegalne – dziewczyna nie miała jednak żadnych problemów z tym szczerym wyznaniem ;) Najbardziej zaskoczyło mnie jednak jej podejście do kwestii założenia rodziny i małżeństwa. Spytała się o nasze plany na przyszłość i była zaskoczona, że nie wiemy kiedy wkroczymy w związki małżeńskie, kiedy założymy rodzinę itd. Potem dodała, że ona sama a 19 lat i zapewne za rok o tej porze będzie już mężatką. Spytaliśmy się czy ma już chłopaka. Odparła, że nie, ale ciągle ktoś przychodzi do jej rodziców, żeby swatać. Nie jest to jednak łatwe, bo kawaler musi być z dobrej (czyt. bogatej) rodziny, musi mieć odpowiednie pochodzenie etniczne (dziewczyna sama jest pół-Uzbeczką i pół-Tatarką), no i musi się spodobać samej pannie. Stwierdziła, że rodzice jej do niczego nie zmuszają i że ona sama dokona wyboru kawalera, ale dodała, że długo wolnością jej nacieszyć się nie dadzą. Muszę jednak podkreślić, że była ona całkowicie pogodzona ze swoim losem, ba – wręcz zadowolona z takiego obrotu sprawy i nie mogła wyjść z podziwu, jak to my w Europie szukamy sobie sami partnera na całe życie i jak sprawdzamy go nawet przez kilka lat narzeczeństwa (w Uzbekistanie, tradycyjnie, narzeczeństwo nie może trwać dłużej niż rok). Ot, różnice kulturowe.

Tak, i to by było na tyle. W następnym odcinku Termez.



* (ang.) tydzień przeznaczony na naukę niezależną, chociaż uniwersytet, jego urządzenia, jak i kadra są pozostawione do dyspozycji studentów.
** (ros.) ręczna robota.

poniedziałek, 9 marca 2009

Bieżące info


Najważniejszą informacją z ostatnich dni jest przylot do Taszkentu Martyny i Olgi, które odbywają tutaj praktykę w ambasadzie. Przestałem się więc obawiać, że zapomnę rodzimego języka (ostatnio zacząłem się łapać na tym, że wieczorami to nawet myślę po angielsku lub rosyjsku ;) ). Dziewczyny spędziły w Taszkencie na Mundusie pół roku i są świetnie zorientowane co i jak w mieście piszczy. W piątek wybraliśmy się do Elvisa – fajnego pubu, którego właściciel Rudzik – Ormianin z Batumi jest na maksa tyleż ciekawą, co i przerażającą osobą – walczył w Afganie lub Czeczenii i chyba odcisnęło to na nim piętno, bo jest taki …hmmm… „nadpobudliwy” ;) Poza tym potrafi odgadnąć psychikę i charakter człowieka po rysunku jego domu :P Potem przenieśliśmy się do klubu na tańce-chulańce, gdzie dołączyliśmy do ludzi z uniwersytetu. To już kolejny klub, który było mi dane odwi
edzić i muszę rzec, że można się w nich świetnie wybawić, choć niestety jest drogo i muzyka jest bardziej „umcy-umcowa” niż "funky-funkiasta".

Zajęcia z rosyjskiego bardzo mi się podobają. Wiera Markowna sporo zadaje i nie zawsze zdążę się wyrobić na drugi dzień, ale generalnie jest bardzo ciekawie, poruszamy interesujące i kontrowersyjne tematy z różnych dziedzin. Obecnie Wiera Markowna przymierza się, żeby dać mi do czytania w oryginale Dostojewskiego oraz Bułhakowa – więc będzie ciężko. Tym bardziej, że Wiera Markowna ma zacięcie filozoficzne. Dobrze, że wystartujemy ze „Zbrodnią i karą”, więc tematyka nie będzie dla mnie aż taki problemem. Zrezygnowaliśmy natomiast z czytania Puszkina ku mej nieukrywanej radości ;) Nigdy poezja nie była moim konikiem – no taki już ze mnie troglodyta ;) Wiera Markowna poza tym hołduje zasadzie, że tak jak język literacki, równie ważny jest język mówiony, stąd poznaję troszkę rosyjskiego słownictwa nienormatywnego. Zazwyczaj dostaję do domu kilka słów do wyjaśnienia na własną rękę. W tym celu korzystam z pomocy Aliszera, który zawsze każe mi się domyślać, co oznacza dane słowo, dając przykłady zastosowań. Śmiechu przy tym jest sporawo, bo czasami mam kosmiczne domysły ;) Największe deski (a propos „slangu” ;) ) miałem, gdy Wiera Markowna podała mi określenia na funkcjonariuszy służb porządkowych i ich posterunki: określenie „менты”* znałem dość dobrze z filmu „Mentovskie voiny”, ale „ментовка”** już była czymś nowym (odpowiednik polskiej „mendowni”). Jednak prawdziwy hit stanowiły dla mnie „мусоры”*** i „мусорня”****. Z tego względu, gdy tylko widzę jakiegoś milicjanta, a w Uzbekistanie jest ich bardzo dużo na ulicach, ciężko mi się opanować od śmiechu.

W zeszłym tygodniu oddaliśmy także pierwszy coursework – był to groupwork i niestety nie zmienił mojego zdania na temat grupowych zaliczeń, lecz umocnił we mnie przekonanie, że nie ma to jak zadania indywidualne… Moi towarzysze spóźnili się ze swoją częścią zadania i musieliśmy na ostatnią chwilę spieszyć się, by nie zawalić terminu… Na szczęście udało się i całość została złożona w sekretariacie. Teraz przede mną kolejny coursework z ekonomii, polegający na przygotowaniu profilu gospodarczego wybranego kraju – nie można wybrać kraju rodzimego, więc ja się zdecydowałem, zgodnie z ojcowską sugestią, na moją „ukochaną Armenię” ;)

Wraz z Alisherem zaczęliśmy chodzić sobie na basen, żeby rozruszać zastałe po zimie cielska – za całkiem przyzwoitą cenę mamy zegarową godzinę pływania na basenie Uniwersytetu Dyplomacji a do tego jak przyjdziemy pod wieczór to jesteśmy prawie, że jedynymi osobami i mamy każdy dla siebie tor do dyspozycji. Basen jest 25-metrowy, z głębokością 4 i 2 metry na końcach, więc bardzo fajnie się skacze, się pływa :)

Widziałem dwukrotnie Nysy (różne!!)



* (ros.) mendy, pot. milicja.
** (ros.) mendownia, pot. posterunek milicji.
*** (ros.) śmieci, pot. milicja.
**** (ros.) "śmieciownia", pot. posterunek milicji.

środa, 21 stycznia 2009

Kак дела?


-…a, pedz, co tam na uczelni?

- Ano rozumisz, już ci godom…

Moje zajęcia „na poważnie” zaczęły się dopiero w tym tygodniu. Wcześniej, my – czyli nowi studenci MAIBM (studia magisterskie na kierunku International Business & Management), uczestniczyliśmy w kilku spotkaniach z cyklu „Induction” – taka rozgrzewka przed rozpoczęciem właściwych zajęć. Mieliśmy okazję się spotkać, dowiedzieć kilku rzeczy o uczelni, załatwić różne formalności a także wykonać pierwsze zadania.


Na IBM wraz ze mną zostało przyjętych jeszcze sześcioro studentów, przy czym ja jestem jedynym „wymianowcem”. Pozostali to osoby w przedziale wieku 25 – 40-parę. Zresztą warunkiem przyjęcia na te kierunek jest skończenie co najmniej 24 lat – jak wyjaśniono mi, chodzi o to, by przyjmować ludzi dojrzałych i mających już jakieś doświadczenie. I tu pojawia się druga cecha moich kolegów z roku – wszyscy gdzieś pracują, ewentualnie są chwilowo bezrobotni (ale to jest takie bezrobocie z wyboru – „menedżerskie bezrobocie ;) ). Jak już pisałem wcześniej, ich język angielski jest naprawdę imponujący, ale to nie dziwi zważywszy, że 3 z nich pracuje jako tłumacze na potrzeby miejscowych firm a jeden jest nauczycielem języka angielskiego (Żenia ma fenomenalny akcent!). I na ich tle mój spoken language (będący chyba zresztą moją najsłabszą stroną w angielskim w ogóle) wypada niestety blado.

Po pierwszym tygodniu zajęć za zadanie dostaliśmy napisanie krótkiego eseju na temat związany ze studiowaniem, w którym celem było bardziej sprawdzenie strony formalnej naszego pisania – umiejętności zachowania odpowiedniej struktury tekstu i wyprowadzania logicznej argumentacji oraz zastosowanie harwardzkiego systemu wewnątrz-tekstowych przypisów (aczkolwiek, kto chciał mógł stosować foot- lub end-notes’y, czyli nasze przypisy na dole strony lub na końcu pracy). W kolejnym tygodniu dyskutowaliśmy zaś o skutecznej prezentacji werbalnej i dostaliśmy zadanie grupowe przygotowania 5 minutowej prezentacji na temat związany z naszymi studiami na kierunku IBM. To zadanie dla mnie było dużo bardziej wymagające – po pierwsze nigdy nie lubiłem pracy grupowej (wolę mieć nawet dwa razy więcej pracy, ale zrobić to sam – no tak mam po prostu ;) ), a po drugie wymagało użycia ładnego języka mówionego celem prezentacji materiału. Oczywiście, jak to zwykle bywa w zadaniach grupowych, moi partnerzy zaskoczyli mnie przygotowując się z zupełnie innych fragmentów naszej prezentacji niż to było ustalone, więc musiałem improwizować, co zdecydowanie obniżyło płynność mojej przemowy :P Koniec końców zebraliśmy jednak pochwały!

Generalnie te dwa tygodnie wprowadzenia uważam za całkowicie niepotrzebne – gdybym w Polsce zapisał się na jakieś słono płatne studia następnie przez dwa tygodnie musiałbym uczestniczyć w kursach, które były po trosze, za przeproszeniem, „pieprzeniem kotka za pomocą młotka”, to zachwycony bym nie był. Jak człowiek idzie na studia magisterskie to już dawno powinien umieć pisać prace lub prezentować jakąś materię publicznie, a jeśli nie, to będzie się uczył w praniu albo wyleci, ot co.

Do studiowania wybrałem sobie tutaj 4 moduły, czy żeby nie robić głupich kalek językowych – 4 przedmioty. To jest:
- International Business Policy;
- International Economy;
- Managerial Accounting;
- tzw. Project.

International Business Policy będzie traktował o planowaniu, strategii, podejmowaniu decyzji przez podmioty funkcjonujące na rynkach międzynarodowych. International Economy to po prostu nasze Międzynarodowe stosunki gospodarcze w teorii i praktyce. Managerial Accounting roboczo przetłumaczę jako „księgowość dla menadżerów”. O „projekcie” napisze ciut dalej…

Jako że kierunek, który zaoferowano mi do studiowania jest nastawiony w dużej mierze na ludzi pracujących, ma charakter studiów wieczorowych. Moje zajęcia zaczynają się o 18:00 wieczorem i trwają do 21:15. Jestem też jedyną osoba, która studiuje tutaj 4 przedmioty, czyli wszystkie dostępne na IBM w tym semestrze – pozostali ograniczają się do 2 modułów (to w celu uniknięcia powtórzeń :P ).

To, czego najbardziej obawiam się na tych studiach, to konieczność studiowania w obcym języku materii, która dotychczas nie była mi szczególnie bliska. Z drugiej strony, to może być interesujące wyzwanie :) O ile jeszcze pierwszy trzy przedmioty budzą umiarkowane obawy, to już Project (o którym wspomnę kolejne „ciut” dalej) jawi się jako poważny problem.


Jak wspomniałem na początku, moje zajęcia „na poważnie” rozpoczęły się w tym tygodniu. W poniedziałek ruszyliśmy z International Business Policy – prowadzący zaczął od artykułu traktującego o kreowaniu wizjonerskich strategii biznesowych, poprzez które podmioty gospodarujące, przyjmując aktywną pozycję na rynku, próbują tworzyć dla siebie (ale i innych uczestników) środowisko, w którym będą następnie funkcjonować. Środkiem jest wprowadzanie innowacyjnych pomysłów i przekonanie jak najszerszego grona innych uczestników gry rynkowej do zastosowania tych idei w swej działalności. W wyniku tego innowacje stają się powszechnymi standardami, przynosząc zyski ich twórcy, ale i innym podmiotom. Artykuł, wcale ciekawy – głównie przez wzgląd na sporą liczbę przykładów, był punktem wyjścia do ogólnej rozmowy o strategii przedsiębiorców, planowaniu itd. Prowadzący zajęcia wprowadził przy tym mnóstwo jakichś skrótowców – swoistej nowomowy biznesowej np. na kształtowanie strategii firm (Jezu, jak ja mogę takie herezje wygadywać: przecież firma nie ma strategii – firma to nazwa os. prawnej lub imię i nazwisko os. fiz. (art. 434 i 435 § 1 K.c.)!! :P ) wpływają czynniki PESTLE (od angielskich pierwszych liter słów: polityczne, ekonomiczne, społeczne, technologiczne, prawne i środowiskowe). Do tego doszło kilka innych podobnych – wywołując u mnie uśmieszek politowania na twarzy, no ale cóż: każda branża ma swój jakiś tam kod językowy, który dla człowieka z zewnątrz wydaje się śmieszny… Generalnie zajęcia były w porządku – choć może, jak dla mnie, mało konkretne – no, ale to dopiero pierwsze.

Wczoraj miałem zajęcia z In
ternational Economy i uczucia mam bardzo mieszane. Pan prowadzący ma dość słaby angielski – oczywiście lepszy od mojego, ale jak się prowadzi zajęcia po angielsku, to powinno się mieć język opanowany perfecto. Na pierwszych zajęciach powiedział nam ogólnie o gospodarce światowej a następnie o merkantylizmie, Adamie Smith’ie i Davidzie Ricardo. I tutaj przeszliśmy do żelaznego punktu programu (chyba każdy, kto kiedyś jakikolwiek kurs ekonomii rynkowej przerabiał miał to na zajęciach), czyli do teorii kosztów komparatywnych i do przykładów oraz zadań. I tu zaczęły się schody – spora część ludzi nie bardzo była w stanie na klasycznym przykładzie dwóch państw i dwóch produktów oznaczyć, które z państw ma komparatywną przewagę w produkcji któregoś z dóbr (a tego chyba można by wymagać od studentów studiów uzupełniających magisterskich na kierunku ekonomicznym) czy wyliczyć zyski obu państw w przypadku podjęcia wymiany handlowej a do tego w pewnym momencie zawiesił się i prowadzący. Nie chcę tutaj się wymądrzać, bo i dla mnie wykonanie tych zadań wcale nie było takie hop-siup, musiałem sobie przypomnieć, jak to się robi, ale ja jestem tylko studentem na wymianie, bez żadnego ekonomicznego bagażu doświadczenia czy edukacji. Po tych zajęciach byłem więc troszkę zawiedziony, ale jednocześnie nabrałem nadziei, że może jednak podołam tym studiom (zadania bowiem, które robiliśmy były ponoć modelowymi pytaniami egzaminacyjnymi).

Dziś miałem mieć zajęcia z księgowości, ale prowadzący utknął w Singapurze i zajęcia zaczną się dopiero za tydzień. Dobre jest to, że studenci o tym wiedzieli tydzień wcześniej a nie, co u nas w Polsce się często zdarza – po 15 minutach, od chwili, gdy zajęcia miały się rozpocząć :P Wszyscy tutaj mówią, że jest to bardzo fajny przedmiot, głównie przez wzgląd na osobę prowadzącego. Mimo, że to księgowość, to matematyki za dużo nie ma… Juro zaś mam pierwsze zajęcia z metod badawczych – przygotowanie pod ów Project. Tak, teraz coś już u nim napiszę… Z tego co wiem, a mało wiem, to Project jest pracą pisemną, czymś pomiędzy nasza pracą licencjacką a magisterską, którą następnie broni się przed gronem profesorskim i w razie udanej obrony otrzymuje się odpowiedni dyplom/certyfikat (??). Uczestnictwo w pisaniu projektu było dla mnie, po całych perturbacjach związanych z odwołaniem programu Erasmus Mundus, jedyną szansą na to, bym mógł pozostać na stypendium w Uzbekistanie przez okres 10 miesięcy (a więc zgodnie z pierwotną decyzją) a nie jedynie sześciu. Ten aspekt mojego studiowania wydaje mi się najbardziej wymagający i z pewnością dostarczy mi sporo bólu głowy, ale i zapewne najwięcej wiedzy oraz umiejętności. Piątki mam wolne!

- no tak, tak… a jak postympy w zwiedzaniu, słyszoł żech, że bieda ci zajrzała do garnka?
- słuchej… no, nie byde ukrywoł, że przejszedł żem na przymusową dietę…A stało się to tak:

Pozwiedzać za wiele nie pozwiedzałem, bo bez pieniędzy troszkę trudno… Na „dzień dobry” dostałem po kieszeni, albowiem musiałem uiścić opłatę registaracyjną = 200USD w plecy :/ i pierwsza konieczność skorzystania z banku.

W ten sposób zostałem jedynie z tym, co obmieniłem pierwszego dnia i co zalega u mnie w plecaku na zdjęciu przy poście numer jeden. Kasa ta jednak także się wyczerpuje/ała – bo trzeba było kupić podstawowe kosmetyki (szampon + mydło), żarcie, koszty transportu a nade wszystko pomogła jedna „szaleńcza” niedziela. Najpierw stwierdziłem, że raz to trzeba się najeść, jak człowiek, więc poszedłem sobie do taniej jadłodajni, ale zamówiłem a la Kristofer furę mięsa (wyszło dwa i pół raza drożej niż przeciętny obiad), no i na dobitkę chłopaki wieczorem wyciągnęli mnie na каток* . Miało kosztować 10 tys./h – czyli i tak mega-drogo a wyszło 17 tys./h – bo weekend. W ten oto sposób w ciągu jednego dnia przebimbałem ¼ moich wszystkich środków…

- no, ale przeca miołeś dostawać stypyndium, niemałe, jakem słyszał…
- nie przerywej…

Registracja, dla której celów musiałem zostawić w urzędzie swój paszport, zabrała niestety ponad tydzień czasu. Paszport z kolei byłymi potrzebny, by zeskanować zeń wizę uzbecką wraz z pieczątka wjazdową. To zaś jest jednym z koniecznych załączników do tzw. Notice of Arrival**, na podstawie którego wypłaca się stypendium. Dokument ten przesłałem dopiero w czwartek do Brukseli, nie wiem, jak długo będą się z tym bawić, ale spodziewam się pieniędzy na mym koncie w tym tygodniu – choć może jestem nazbyt optymistą? Do tego czasu muszę zaś oszczędzać – dwa posiłki dziennie muszą wystarczyć – zresztą i tak miałem zrzucić kilka zbędnych kilogramów :P

W każdym razie dzisiejszy dzień był dla mnie przełomowy, albowiem zauważyłem, że w moim portfelu zostało mi pieniędzy wyłącznie na jutrzejszy obiad i dojazd do centrum miasta (powrót na piechotę). Powziąłem więc z ciężkim sercem decyzję: czas opróżnić moje prywatne konto. Udałem się do hotelu Uzbekistan – w hotelach są bankomaty – by wypłacić pieniądze. Niestety bankomat nie miał już środków. W kolejnym hotelu to samo. W sumie dziwne nie jest – przy największym nominale banknotu 1000sum, który wart jest troszkę ponad 2zł – wystarczy jedna osoba, która chce kupić sobie lepszy telewizor żeby wypróżniła bankomat do cna.

Doszedłem więc do jedynie słusznego wniosku – bez pośrednictwa banku się obejdzie. Po drodze do banku stałem się na chwilę posiadaczem sumy ok. 500USD, by szybko przestać nim być, a stan ten spowodował na chwilę, iż dalszy spacer w stronę banku zdawał się być zbytecznym. Cała historia jest dość osobliwa – wyłączę ją do następnego postu :P. W każdym razem multidolarystą byłem jedynie przez kilka minut, po upływie których mój organizm wrócił na zaplanowaną wcześniej ścieżkę do banku. Z bólem serca musiałem podjąć ostatnie 25USD na moim koncie i wymienić na plik miejscowych banknotów. Od pani w banku dowiedziałem się, że w znajdującym się nieopodal tureckim supermarkecie Mir Market za zakupy można płacić kartą – udałem się tam natychmiast, by korzystając z oparów pieniędzy na moim drugim koncie dokonać kilku niezbędnych zakupów, które, w razie ich prawidłowego użytkowania, mam nadzieję, pozwolą mi prowadzić bardziej higieniczne życie. Market jest na pełnym wypasie – trochę większy niż Polo w Słupcy :P (choć po przebudowie nie byłem ;) ). Przechadzam się między półkami i nagle moją twarz rozjaśnia wielki uśmiech. Nie dalej, jak wczoraj rozmyślałem o Czechach i potędze ich przemysłu (to wpływ spotkania z Romanem z Czech, który przyleciał, by studiować na WIUT), co było spowodowane, czymże by innym, widokiem Skody Felicii na ulicy. Co prawda, to była jak dotychczas jedyna Skoda, jaką tu widziałem, ale jednak… Ze smutkiem skonstatowałem wówczas, że polskiego produktu żadnego nie udało mi się zobaczyć… No, ale wracając: przechadzam się i nagle moim oczom rzuca się napis „MEGA DOŁADOWANIE. SPRAWDŹ CENĘ!”. W pierwszej chwili nie zajarzyłem, ale po dosłownie sekundzie w moim koszyku wylądował proszek do prania E standard :) a w ślad za nim poszedł płyn do mycia naczyń E Cytryna & Zielona Herbata. Nie można zapominać o tym, jaki paszport nosi się w kieszeni ;) Tym bardziej, że argument ceny szedł ramię w ramię z patriotyzmem :P

- dobra chopie, tera o tych 500 dólarach mo być, bo impreza bydzie, ale… Sam wisz, jaka bydzie…
- to w kolejnym poście przeca łobiecałem…
- aaa…no



* ros.: w tym kontekście: lodowisko.
** ang.: Zawiadomienie o przybyciu

wtorek, 20 stycznia 2009

Ojciec Narodu...


Islom Karimov:

  • Twórca "społeczeństwa obywatelskiego" /wystrój akademika/

  • Założyciel Placówek Krzewienia Edukacji /hol WIUT/
  • Patronuje Zakładom Pracy /Elektroaparat/

  • Pamięta o Ofiarach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej /pomnik "Płacząca Matka"/


...czyli po prostu Ukochany Tatko.

sobota, 10 stycznia 2009

Te pierwszych kilka dni.


Mieszkam na siódmym piętrze akademika WIUT jakieś 10-15 minut autobusem od uniwersytetu. Połączeń mam dużo, więc z dojazdami nie jest źle. W godzinach szczytu autobusy przeładowane jak Pestka przed 8 rano w dzień roboczy. Warunki w akademiku są niezgorsze (tak mi się wydaje, jednak ja nigdy nie żyłem w akademiku ;) ) – choć wkurza mnie trochę wiecznie zapchany zlew w kuchni albo to, co mnie wkurzało w łazience, jak mieszkałem na Klonowej ( :P wtajemniczeni wiedzą o co chodzi, a sprawa jest takiego sortu, że nie wiem jakim innym eufemizmem mógłbym się posłużyć, by tu nie naruszać delikatnych konwencji dobrego smaku) itd. Przydałyby się też firanki w pokoju, bo mam okno ewidentnie na wschód i rano słońce nie daje żyć – świeci prosto w oczy i jest okropnie gorąco. Chociaż dziś jest drugi dzień pochmurny i jest do zniesienia. Widok z okna na pierwszym planie nie jest ciekawy – mieszkam w dzielnicy, gdzie z jednej strony są z bloki mieszkalne (typowe radzieckie rozsypujące się od „nieremontowania”, gdzie dodatkowo każdy mieszkaniec wedle własnego uznania upstroszył sobie „swój” wycinek fasady budynku) a z drugiej strony zakład przemysłowy Uzelektroaparat – elektroszczit, który wita swoich pracowników sztucznymi bocianami na słupie z zegarem oraz hasłem "Życzymy udanego i pracowitego dnia" – nie wiem czy druga część życzeń podoba się pracownikom.... Widok za to na drugim planie jest przepiękny – ośnieżone szczyty górskie pasm Chimgan i Chatka (to znaczy był dwa dni temu, bo od wczoraj nic nie widać).


Na moim piętrze w akademiku mieszkają wyłącznie osobnicy płci męskiej – nie mieliśmy się jeszcze okazji jakoś dobrze zapoznać – to po części wina mojej wrodzonej nieśmiałości, tym bardziej, że mieszkam póki co sam w pokoju, po części tego, że dużo czasu spędzam poza akademcem oraz tego, że u nich teraz trwa sesja. Ale mam nadzieję, że uda się zmontować jakieś alko-wyjście i wtedy wszystkie „lody” puszczą ;) Wiara tutaj świetnie nawija po angielsku – większość ma za sobą jeden lub nawet kilka pobytów na Work&Travel (albo jak to usłyszałem od jednego z nich Work&Work) – każdy po kilka miesięcy w Stanach – stąd mają też taką amerykańską nawijkę: What’s up man? How you doin’? itp. No w każdym razie mają lepszy flow niż ja :) Więc myślę, że językowo to tutaj sporo skorzystam :) W ogóle zabawnie jest słuchać jest ich rozmów między sobą – gdy potrafią w jednym zdaniu kilkakrotnie zmieniać między językami uzbeckim, rosyjskim i angielskim.

WIUT, czyli „moja” uczelnia jest bardzo nowoczesna – w porównaniu z polskimi uniwerkami, ale jest też sporo mniejsza – całość, jeśli się nie mylę, mieści się w jednym średniej wielkości gmachu. Sam budynek też zasługuje na uznanie – nie wygląda na nowo-pobudowany, ale jednocześnie nie ma nic wspólnego z socrealem radzieckim czy jego środkowoazjatycką odmianą – wygląda jakby przeniesiony żywcem z wiktoriańskiej epoki.

Moje właściwe zajęcia zaczynają się dopiero 19 stycznia. Miałem w tym tygodniu jedno spotkanie wdrażające z opiekunem mego roku, poznawaliśmy swoją grupę zajęciową, a on pokazywał nam uczelnię itd. No i dostaliśmy pierwsze zadanie – małą wprawkę pisarską. W przyszłym tygodniu mamy kolejne 2 spotkania i wspólne wyjście na piwko. Poza tym czas mi leci na załatwianiu różnych spraw papierkowych, np. registracji. A propos registracji: do dnia wczorajszego paradowałem sobie po mieście bez paszportu (bo właśnie jest on potrzebny dla meldunku) czy choćby jego kopii przy sobie. Jak dowiedział się o tym Iskander – młody pracownik uniwersytetu, który załatwia mi registrację, to wyglądał tak, że jakby był chrześcijaninem, to by się pewnie przeżegnał. Natychmiast zrobił mi dwie kopie wniosku registracyjnego, na którym są wszystkie dane z mojego paszportu plus zamaszysty podpis rektora i okrągła, właśnie: okrągła!, pieczęć. Jedną przykazał mieć zawsze przy sobie na wypadek kontroli milicyjnej a drugą trzymać w pogotowiu w swoim pokoju. Przy tym z przerażeniem w oczach dodał, że „to nie jest zwykły kraj, tu nie wszystko jest normalne, milicji nie należy ufać i należy jak ognia unikać z nią kontaktów”. Trochę mnie ta scenka rozbawiła, jakoś sobie nie wyobrażam, by ci panowie w zielonych mundurach i obitych kożuszkiem kepi mogli zrobić mi krzywdę :P Wyglądają sympatycznie – na pewno bardziej niż ich rosyjscy odpowiednicy, których same niebiesko-szare munduru OMON-u działają odstraszająco (no, przynajmniej na mnie):P

Z samego miasta jeszcze niewiele widziałem, tylko zrobiłem obchód najbliższej okolicy uczelni i akademika, tym bardziej, że w pojedynkę zwiedzać po prostu nie cierpię.

Żywię się w takiej taniej samoobsługowej jadłodajni niedaleko od uczelni, której zaplecze wygląda troszku jak z koszmaru inspektora Sanepidu, a może wręcz przeciwnie – jest w końcu okazja by wlepić mandat :) Ale żarcie jest pychota i niedrogie i oto chodzi! Dziś po raz pierwszy jadłem regionalny przysmak – manty, czyli pierogi nadziewane mięsnym farszem – smakuje wyśmienicie, ale wrażliwcy może nie powinni zaglądać do środka – w moich były bowiem niezidentyfikowane kawałki mięsiwa przywodzące na myśl móżdżki czy inne tym podobne frykasy. Po tym pysznym posiłku skusiłem się jeszcze na taki galart przypominający nasze zimne nóżki, których zresztą nie lubię i po tej próbie… chyba nie polubię. Świetny jest obyczaj, że zamawiając herbatę, dostaje się małą miseczkę wraz z całym półlitrowym dzbankiem naparu! A herbata jest bardzo smaczna, szczególnie z cytryną.

No i to by było chyba na tyle… Pozdrawiam!

PS. Z tą Barceloną nic nie słyszałem…

Muszę się pochwalić, jaki ze mnie "hakier", bo nie wyrobię :P Niestety darmowy Net uniwersytecki jest obwarowany szeregiem blokad na niektóre witryny, pośród nich na maps.google.com, ale nie od rzeczy jest się w szeregach tzw. homo sapiens: kto w Uzbekistanie by blokował mapy.google.pl :P

niedziela, 4 stycznia 2009

On the road again... czyli tytułem wstępu


Stało się. Jeśli śnieżyca nie zmiecie mojego Tupolewa (a nie zmiecie, bo radzieckie maszyny nawet Aerofłot usunął ze swej floty powietrznej), to za dwa dni o tej porze będę już w Taszkencie – stolicy Uzbekistanu. W ten sposób swoje zwieńczenie znajdą ponad półrocze starania, by nie rzec walka, o ten wyjazd a ja zostanę taszkentczykiem* – mieszkańcem Taszkentu.


Niniejszy blog stanie się, mam nadzieję, platformą wymiany informacji między mną a Wami – drodzy przyjaciele, znajomi i przypadkowi czytelnicy. Zapraszam żywo do komentowania!


Ktoś zapyta (na pewno nikt, kto mnie zna ;) ): dlaczego jedziesz do Uzbekistanu, przecież jest tyle możliwości wyjazdu na Zachód? Odpowiem grafomańsko: bo uwielbiam wolność! A tę można znaleźć jedynie na Wschodzie (przyznaję: jako obcokrajowiec, rzadziej jako obywatel takiego wschodniego państwa). Jest to bardzo istotne, bo oprócz nauki zamierzam przez najbliższych kilka miesięcy oddawać się również mojej największej pasji – podróżowaniu a planów jest sporo – mniej i bardziej ambitnych (zasada „co rok - to rekord” również została uwzględniona). Poza tym, czyż wyjazd do Uzbekistanu nie wpisuje się znakomicie w hasło „Jakże piękny jest nasz Związek Radziecki?”, które towarzyszy mi w różnych wyjazdach od samego początku, choć wysłowione zostało dopiero w kanionie rzeki Tartar w Górskim Karabachu w 2008 roku.**


Czas przytoczyć kilka faktów dotyczących wyjazdu:

  • Mój wyjazd ma charakter edukacyjny i odbywa się w ramach programu Erasmus Mundus External Cooperation Window Lot 9 organizującego współpracę państw Unii Europejskiej i Azji Centralnej na niwie szkolnictwa wyższego.
  • Swoje stypendium będę odbywał na Westminster International University in Tashkent, który jest filią brytyjskiego University of Westminster. Chociażby z tego względu zajęcia są prowadzone w lengłidżu.
  • Składałem wniosek o odbycie stypendium na kierunku „Commercial law” – niestety okazało się to niemożliwe, albowiem takowy nie powstał. Zaproponowano mi w zamian „International business and management” – zgodziłem się (a miałem wybór?), choć „handlówka” kręci mnie zdecydowanie bardziej.

Z formalności wszystko, co było do załatwienia na miejscu, wydaje się załatwione: wiza w paszporcie jest, rezerwacja lotu jest, ubezpieczenie jest itd. Obecnie trwa pakowanie plecaków, tak by jak najlepiej wypełnić limit bagażu głównego i podręcznego narzucany przez linie lotnicze (i jak tu się nie zgodzić z Cejrowskim, że do obliczania limitu wagowego winno się brać wagę pasażera i jego bagażu – a jak to by mobilizowało, by przejść na dietę…). Co ważne: miejsce na namiot wygospodarowane – ergo będą kolejne materiały promocyjne dla Seraka :P


Tak więc w poniedziałek, 5 stycznia br. o godzinie 13:15 winienem z Ławicy wznieść się w przestworza, by z przystankami na Okęciu i Szeremietiewie-2 po 9h 50 min. lotu osiągnąć port lotniczy Wastoczny w Taszkencie.


A teraz, żeby zachęcić Was do aktywności na mym blogu, podrzucam małą zagadkę-ciekawostkę (może nie ostatnią ;) ). Pytanie: Uzbekistan i jedno z europejskich mini-państw mają pewną wspólną, wyjątkową w skali świata, cechę dotyczącą ich położenia. O jakie mini-państwo chodzi i na podstawie jakiego kryterium można wyróżnić te dwa państwa?


Żegnam się tradycyjnym "spławikordem" - idealnym w takich sytuacjach.



* Nazwa zatwierdzona przez Komisję Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami Rzeczypospolitej Polskiej przy Głównym Geodecie Kraju: Nazwy państw, ich stolic i mieszkańców, 2007, *.pdf, str. 45.

** Żeby poczuć troszkę klimat Wscodu odsyłam do mego albumu na Picasie: http://picasaweb.google.pl/tow.jablona




Post Scriptum: Tak, jak za muzyką country nie przepadam, tak ten kawałek uwielbiam: :D